wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział 4

   Pierwszy wspólny wieczór


Do drzwi rozległo się pukanie. Byłam gotowa na wspaniały wieczór ze Stefanem. Miałam na sobie czarną, obcisłą sukienkę. Włosy zaczesałam w  kok, ale w ostatniej chwili rozpuściłam je tak, że delikatnie opadały na ramiona. Użyłam moich ulubionych perfum o zapachu werbeny, które dostałam od mamy. Uwielbiałam ten zapach! Wzięłam swoją torebkę i jeszcze raz przejrzałam się w lustrze. Zobaczyłam w nim wreszcie szczęśliwą dziewczynę. W niczym nie przypominała tej, którą Stefan Salvatore poznał na pogrzebie.
          -Stefan. Miło Cię widzieć. - Uśmiech miałam na twarzy od ucha do ucha. W końcu w moim życiu zagościła radość.
          - Pięknie wyglądasz. Co to za zapach?
          - Moje perfumy. Nie podobają Ci się?
          - Skąd. Są piękne.
          - Zapomniałam jeszcze kluczy. Są w kuchni. - Ruszyłam w kierunku jadalni, ale zachowanie Stefana nieco mnie zaskoczyło.
          -Dlaczego nie wchodzisz?
          -Poczekam na zewnątrz.
Wzięłam szybko klucze z blatu po czym zatrzasnęłam za sobą drzwi i wsiadłam do czarnego volvo mojego nowego znajomego.

~~~*~~~

     Muzyka była bardzo głośna. Zabawa odbywała się w środku lasu, blisko ruin starego kościoła. Szybko zauważyliśmy Caroline. Bawiła  się razem z Taylerem. Widać było, że nieźle do niego zarywa. On był typem rozwydrzonego dzieciaka. Myśli, że może mieć każdą. Ukradkiem pomachałam na przywitanie do Care, po czym siadłam ze Stefanem na małym pagórku. Było tam cicho, w przeciwieństwie do centrum imprezy. Musiałam przyznać przed samą sobą, że w takiej chwili czułam się nieco skrępowana. Tą bliskością między nami. Usiadłam blisko niego, a on objął mnie ramieniem. Miałam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Moje ciało przeszył dreszcz. Sama nie wiem czemu. Zawsze byłam bardzo śmiała i nie działały na mnie takie chwyty. Stefan był inny. Rozmawiałam z nim zaledwie kilka razy, ale czułam w głębi serca, że nasza znajomość nie skończy się tylko na jednym wieczorze.
          - Zimno Ci? - Steff z troską ściągał już swoją kurtkę.
          - Nie trzeba. Co prawda wieczór jest dziś dosyć chłodny. W samochodzie zostawiłam swoje bolerko.
          - Może pójdę...
          - Nie trzeba. Nie chcę zostać sama. Wiesz chciałabym z Tobą porozmawiać. Mało o sobie wiemy.
          - Miałem trudne życie. Rzadko kiedy mówię komuś coś o sobie. Moi rodzice zginęli gdy miałem dziesięć lat. Od tego czasu mieszkałem z babcią w Nowym Jorku. Jakieś pół roku przed wypadkiem twoich rodziców przenieśliśmy się niedaleko od Mistic Falls.
          - Masz rodzeństwo? - Chłopak coraz bardziej mnie ciekawił sobą. Chciałam wiedzieć o nim wszystko.
          - Nie rozmawiam z bratem od bardzo dawna. Nie mieszkamy razem. To dłuższa historia i nie za ciekawa.
Nie chcąc nalegać zmieniłam temat.
          - A dziewczyny? Jesteś raczej typem kobieciarza czy może...
          - Szczerze mówiąc, byłem tylko raz zakochany. Nie wyobrażałem sobie życia bez... Katherine. Tak miała na imię. Była niezwykła. Wiesz... Trochę mi ją przypominasz.
          -Dlaczego "była"? Co się z nią stało?
          - Umarła. - Jego oczy nabrały dziwny wyraz. Stwierdziłam, że za bardzo naciskam. wszystkiego chciałam się dowiedzieć w pięć minut.
          - Przepraszam. Nie miałam pojęcia...
          -Wszystko w porządku. Może teraz ty coś o sobie opowiesz?
          -Moje życie nie jest tak ciekawe. W Mistic Falls nigdy nie dzieje się nic ciekawego. Przed wypadkiem byłam inna. Dusza towarzystwa. Uwielbiałam tańczyć. Bardzo angażowałam się w życie miasta. Moja mama zawsze na to nalegała. Po jej śmierci wszystko się zmieniło. Nie chciałam z nikim rozmawiać, a moje  życie wiecznie było pełne problemów. Opiekuje się nami moja ciocia. Mój brat cierpi jeszcze bardziej niż ja. Od ich śmierci ciągle ćpa i sprawia same problemy.
          -No nieźle. Widzę, że w twoim życiu też kolorowo nie ma.
          - Gdy jestem z tobą wszystko się zmienia. Zapominam choć na chwilę o tych wszystkich problemach. Mam nadzieję, że będziemy spędzać ze sobą więcej czasu. - Serce łomotało mi w piersi jak oszalałe. Patrzyłam tylko jak wyraz jego twarzy się zmienia. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Na twarzy pojawił się uśmiech i chyba skrępowanie.
          - Ja również bardzo Cię polubiłem. Uwielbiam spędzać z tobą czas. Choć rozmawialiśmy zaledwie tylko parę razy.
Stefan zbliżył się jeszcze bardziej do mnie. Położyliśmy się na trawie i obserwowaliśmy czarne niebo, na którym błyszczały tysiące gwiazd. W takich chwilach najbardziej myślałam o tym co mnie spotkało. Gwiazdy i noc zawsze kojarzą mi się z wypadkiem. W oddali słychać było głośną muzykę. Przez to wszystko zupełnie zapomniałam o imprezie. W myślach modliłam się tylko, aby nikt nam teraz nie przeszkodził. Był to chyba jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Czułam się przy nim taka bezpieczna. Położyłam się Stefanowi na piersi. Bardzo mnie zdziwiło to, że w ogóle nie słyszałam bicia jego serca. Stefan natychmiast przewrócił się na bok. Pomyślałam, że na pewno mi się przewidziało. Przez tą całą adrenalinę. Jego twarz dzielił od mojej chyba tylko centymetr. Patrzyłam w jego piękne zielone oczy. Zbliżyłam swoje usta do jego. Już prawie mieliśmy się pocałować, gdy nagle odsunął się gwałtownie. Jego reakcja bardzo mnie zdziwiła. Odwrócił swoją twarz od mojej. Czułam się nieco niekomfortowo. Pomyślałam, że może to stało się za szybko. Może on tylko chciał się kolegować.
          - Wszystko w porządku?
          - Tak. Nic mi nie jest. Przepraszam, że zepsułem taki miły nastrój...
          - Nic nie zepsułeś, ale może odwróciłbyś się do mnie?
       
Stefan nie odezwał się. Chciałam znów zobaczyć jego twarz, ale on ewidentnie próbował uniknąć mojego spojrzenia.
          -Robi się coraz chłodniej. Wrócę do samochodu po mój sweterek.
          - Pójść z Tobą?
          - Przejdę się sama. Samochód stoi niedaleko. - Nie mogłam zaprzeczyć, że zdenerwowała mnie odrobinę reakcja Stefana. Nie spodziewałam się. Zimny wiatr smagał mi twarz a ja ruszyłam w kierunku parkingu przed lasem. Po drodze Caroline zatrzymała mnie i spytała jak spędzam czas ze Stefanem.
          - Jutro Ci opowiem. Dziś już nie mam nastroju.
          - Wracasz do domu?
          - Jeszcze nie. Muszę wrócić do samochodu po sweter.
          - Tay jest nieziemski! A jak całuje... Ciekawe czy coś z tego będzie.
          - Porozmawiamy później. Muszę się spieszyć. Stefan na mnie czeka.
          - No to do zobaczenia. Mam ci tyle do powiedzenia!

~~~*~~~

     Zatrzasnęłam drzwi auta. Założyłam szybko moje bolerko idealnie pasujące do sukienki. Z lasu dobiegały głosy sów i cichy odgłos muzyki. Ta ciemność która panowała wokół mnie nieco mnie przerażała. Byłam tam zupełnie sama. Szłam w kierunku, z którego przed chwilą przyszłam. Tuz przed twarzą przeleciał ciemny ptak. - Kruk.
Przyspieszyłam nieco tempa, lekko już zdenerwowana. Idąc tak przed siebie przypomniały mi się te dziwne wypadki dochodzące ostatnio w naszym mieście. Te napady zwierząt, zniknięcia w dziwnych okolicznościach. Rozejrzałam się w koło. Wydawałoby się, że  powinnam być już przynajmniej koło imprezy. Zamiast słyszeć nagłaśniającą muzykę, ona w ogóle już ucichła. Chciałam zawrócić. Kruk, chyba ten sam co wcześniej siedział na jakimś nagrobku. Przestraszona a zarazem zaciekawiona bliżej przyjrzałam się pomnikowi. Widniało na nim nazwisko, bardzo mi już znajome:
Giuseppe Salvatore
zmarły 23 kwietnia 1864
Czy to coś znaczy? Czy to jakiś daleki przodek Stefana? A może to tylko zbieg okoliczności?
Rozejrzałam się, aby zapamiętać to miejsce i przyjść tutaj ze Stefanem. Marzyłam już o tym, żeby w końcu wrócić do moich znajomych. Ten kruk nie dawał mi spokoju. Postanowiłam, ze przyśpieszę tempa i jakoś go zgubię. Zaczęłam biec. Daleko jednak nie zaszłam. Na ziemi leżała jakaś postać. Już myślałam, że to kolejna ofiara napadu zwierzęcia. Podeszłam bliżej.
          - Halo?! Nic  Ci nie jest? - Nie chciałam podchodzić za blisko, ale gdy mężczyzna nie odpowiadał nie miałam innego wyjścia.
Nachyliłam się do niego i wyjęłam rękę, by sprawdzić puls. On nagle skoczył na mnie. Dojrzałam wielkie białe kły i straszny wyraz twarzy. Skóra jakby popękana. To wszystko co zdążyłam dojrzeć. Nie z powodu ciemności jaka tam panowała, ale jednocześnie z przerażenia. Poczułam mocne ukłucie na szyi. Zaczęłam krzyczeć. Jak tylko najgłośniej umiałam. Znikąd pojawiła się druga postać. Poruszała się niemożliwie szybko. To "coś" odepchnęło tę dziwną istotę ode mnie. Szyja bardzo mnie piekła. Sączyła się z niej spora ilość krwi.
          - Elena! Nic Ci się nie stało?
          - Stefan?! Ale jak... - Byłam tak zaskoczona, że nawet nie wiedziałam co powiedzieć.
          - Nie ma czasu na tłumaczenia. Jesteś już bezpieczna.
          - Stefanie, kto to był? Znasz tą potworną bestię?
          - Niestety tak. Właśnie poznałaś mojego brata.




sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział 3

Nowy

 

"Drogi Pamiętniku. Od wypadku rodziców minęły już ponad 4 miesiące. Ludzie mylą się twierdząc, że czas leczy rany... Ból  tylko łagodnieje. Codziennie chodzę na grób rodziców. Zanoszę im kwiaty, żonkile - mama je uwielbiała. Czasem nawet uda mi się wyciągnąć Jerremiego. Od pogrzebu bardzo się zmienił. Ledwo zdał do następnej klasy. Wyrzucono go ze starej szkoły, za branie narkotyków. Teraz będzie chodził do mojego liceum. Ostania klasa... Wszystko będzie inaczej. Wiem, że rodzice pragnęliby abyśmy ułożyli sobie życie jak najlepiej. Koniec użalania się nad sobą. Nowy rok szkolny zapowiada też nowe twarze... Caroline twierdzi, że powinnam poszukać sobie kogoś. Od zerwania z Mattem, jakoś nie myślałam o chłopakach. Odpuściłam sobie wyjazd z Bonnie na Majorkę w wakacje... Z wiadomych względów. Miło byłoby poznać kogoś, z kim w końcu będę mogła rozmawiać o czymś innym niż tylko o tym jak się miewam. Mama kupiła mi ten pamiętnik jeszcze w podstawówce. Gdy robiliśmy porządki znalazłam go u siebie na dnie szafy. Myślę, ze to odpowiedni moment żeby jakoś z niego skorzystać. Muszę przyznać, że jestem nieco podenerwowana. Bonnie zaraz po mnie przyjedzie. Liczę na to, mam nadzieję, że nie będzie aż tak źle... "
Dzisiejszy dzień będzie inny. Będę mówić wszystkim, że mam się świetnie, że wszystko w porządku. Wzięłam szybki prysznic, zrobiłam lekki makijaż i zaczesałam długie,ciemne  włosy w kucyk. Bonnie zapukała do drzwi. Wzięłam torbę z książkami i zeszłam na dół.
- Bonnie. Cześć.
- No hej. Ślicznie dziś wyglądasz, gotowa na pierwszy dzień ostatniej klasy?
- No jasne. Ten rok będzie inny, mówię Ci. 
- Wiesz... miałam dziś wizje... Poznamy kogoś. Kogoś niezwykłego, innego niż wszyscy.
- Bonnie wiesz, że nie wierzę w te całe czary. - Odparłam nieco rozbawiona. 
- Dziewczyny pośpieszcie się, za dziesięć minut rozpoczynają się zajęcia. 
Szkoła nie była daleko, ale mimo to zawsze jeździłam do niej samochodem. Bonnie miała na sobie ładną, krótką sukienkę. Zawsze ubierała się bardzo kobieco. Ja za to byłam raczej kimś w typie chłopczycy. Najlepiej czułam się w bluzie i dresach. Dziś jednak również ubrałam krótką spódniczkę i top z dekoltem. Wszyscy twierdzili, że jestem bardzo atrakcyjna i mam świetną figurę. Przed wypadkiem nawet uczestniczyłam w grupie cheerleaderek. Uwielbiałam tańczyć! Dziś po szkole znów muszę się przejść na ich trening. 
- Wyjdź z wozu ja pójdę zaparkować. - Bonnie była podniecona pierwszym dniem i było to bardzo widać. 
Zamknęłam za sobą drzwi samochodu i ruszyłam w stronę wejścia do szkoły.
 Z za zakrętu nagle wyjechał mocno rozpędzony samochód. Wjeżdżał prosto na mnie. Kolana się pode mną ugięły stanęłam w miejscu jak wryta. W ostatnim momencie z piskiem opon auto zatrzymało się. Odetchnęłam z ulgą. Miałam ochotę zaraz nawrzeszczeć na tego barana co prowadził, że nawet nie patrzy jak jeździ, ale tego kim on był w życiu bym się nie spodziewała. 
- Tak mi przykro, śpieszyłem się na zajęcia. Nie chciałem Cię przestraszyć. - To był on. Chłopak z pogrzebu.
Ciągle wracałam do tego dziwnego spotkania z nim i myślałam o tym czym go odstraszyłam. Bardzo przykuł wtedy moją uwagę. 
- Elena? - Chłopak wyglądał na nieco skrępowanego całą sytuacją.
- Stefan. Miło Cię znowu widzieć. Jak się masz? - Próbowałam udać, że wcale nie zdziwiło mnie to spotkanie.
- Dziś rozpoczynam tutaj naukę. Przeprowadziłem się tutaj, moja babcia umarła parę dni po pogrzebie twoich rodziców. Mieszkam teraz z wujem w pensjonacie Salvatore. 
- Czy to znaczy...
- Tak. Jestem Stefan Salvatore. - Przedstawił się ponownie.
- Elena. Elena Gilbert.
- Chyba mamy ze sobą coś wspólnego. Jesteśmy spokrewnieni z założycielami Mistic Falls. 
- Jakoś nie interesuję się historią...Właśnie! Historia. Właśnie rozpoczynają się wykłady z Tannerem.
- Masz historię? Świetnie się składa. Ja również. - Uśmiechnął się serdecznie. Miał piękny uśmiech. Zęby śnieżnobiałe i idealnie proste. 
- W takim razie pokażę Ci, gdzie jest sala. Jesteś nowy. Musisz się przyzwyczaić. 
Ruszyliśmy w kierunku wejścia. Stefan zaparkował swój samochód. Czarne volvo. Sądząc po nim widać było, że pieniędzy mu nie brakuje. Gdy tylko weszliśmy na korytarz dosięgnęły nas setki spojrzeń. Nie dość, że Stefan był tak przystojny, dodatkowo idzie ze mną... W rogu stał Matt i bacznie nas obserwował. Znikąd pojawiła się Caroline. Przywitała mnie serdecznie po czym obejrzała nowego ucznia od góry do dołu. Care była okropną flirciarą. Mogła mieć każdego chłopaka w mieście. 
- Dziś jest impreza z okazji rozpoczęcia roku. Wpadniesz? - Caroline zwróciła się do Stefana.
- Nie za bardzo znam ludzi stąd... Eleno może zechciałabyś mi towarzyszyć? 
- Właściwie to nie mam żadnych planów na wieczór. Chętnie wpadnę. - Po minie przyjaciółki widać było, że nie jest zadowolona... 
- Ty na pewno jesteś Stefan? Dużo osób już o tobie wspominało...
- Tak to ja. 
- Jestem Caroline. Przyjaciółka Eleny. Muszę teraz już uciekać na matmę. Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję porozmawiać. - Blondynka obejrzała się jeszcze raz za siebie, aby "obadać" nowego od tyłu. 
My za to ruszyliśmy w kierunku naszej sali. W środku wszyscy już zajęli miejsca. Zostały tylko dwa. Akurat obok siebie. Zajęliśmy krzesła, widziałam jeszcze tylko jak Bonnie nas obserwuje. Uśmiechnęłyśmy się do siebie po czym zajęłam się lekcją.

~~~*~~~

- Jerremy, może opowiesz coś o sobie? - Nauczyciel angielskiego zwrócił się do nowego ucznia. 
- Nie wydaje mi się. - Jerr jak zwykle arogancki nie zamierzał z nikim rozmawiać.
- No cóż... Może później przejdziemy do tej części. 
Klasa wyglądała jak każda inna w szkole. Białe ściany, tablica, ławki. Jak to w każdej sali. Jerremy rozejrzał się po klasie. Jego uwagę przykuła śliczna ciemnowłosa dziewczyna. Ona również ukradkiem na niego spoglądała. Chłopak uśmiechnął się do niej miło. Zawstydzona odwróciła wzrok. Wykładowca przeszedł do sprawdzania obecności. Dla brata Eleny była to okazja by dowiedzieć się jak nazywa się ta piękna brunetka. 
- Vicki Donovan?
- Obecna profesorze. Czy mogłabym wyjść na chwilę do toalety?
- Możesz wyjść, ale wracaj za chwilę.
Dziewczyna wstała i ruszyła w kierunku drzwi na korytarz. Jerremy z podziwem spoglądał jak się poruszała. Miała piękne długie nogi i idealną figurę. Więc nazywa się Vicki... Z tego co wiem były Eleny ma takie samo nazwisko. Muszą być jakoś spokrewnieni. Jerr ciągle rozmyślał o nowo poznanej uczennicy. Nie wróciła już z powrotem na lekcje. Gdy zadzwonił dzwonek chłopak jak najszybciej wyszedł z sali i ruszył w kierunku toalety, mając nadzieję na kolejne spotkanie. 
Dziewczyna wyszła z ubikacji, po czym ruszyła w stronę wyjścia ze szkoły. Chłopak ruszył za nią.
Za boiskiem Vicki rozmawiała z uczniem ze starszej klasy. Chłopak chodził do klasy z Eleną. Miał na imię bodajże Tayler. Jego ojciec jest burmistrzem miasta. Chłopak mega nadziany, zawsze każda dziewczyna się w nim podkochiwała. 
- Oddam Ci kasę jak będę miała. - Vicki najwidoczniej była mu coś dłużna. 
- Myślę, że się dogadamy. Pieniądze mi nie potrzebne. Dzisiaj zostaję sam w domu przyjdź wieczorem a się zrewanżujesz.
Vicki uśmiechnęła się i namiętnie pocałowała chłopaka. Jerr nie mógł uwierzyć w to co widzi. Dziewczyna wyglądała raczej na skromną i poukładaną. No cóż pozory chyba jednak mylą. 
- Muszę wracać na zajęcia. Do wieczora. - Brunetka namiętnie spojrzała na Taylera po czym wróciła do szkoły. Jerremy ciągle ukrywający się za drzewem również chciał już wracać. Jednak Tay był szybszy. Zauważył skradającego się chłopaka. Przywarł go do muru  i uderzył pięścią.
- Nie ładnie tak podsłuchiwać.
- Nie ładnie wykorzystywać dziewczyny. - Jerr szyderczo się zaśmiał.
- Vicki jest mi coś winna. Piśnij komuś  słówko, a nie będziemy już sobie tak miło gawędzić. A twój uśmieszek zaraz zniknie.
Gdy Jerr odepchnął chłopaka z jego kieszeni wypadł mały woreczek z prochami. 
- Jesteś dilerem? No nieźle. - Chłopak parsknął śmiechem.
- Spróbuj tylko...
- Umowa jest taka. Ty sprzedajesz mi towar za pół ceny a ja trzymam buzię na kłódkę.
- Myślę, że się dogadamy.

~~~*~~~

Na przerwie obiadowej siedziałam sama przy stoliku. Caroline jak to zwykle na długich przerwach zajmowała się sprawami drużyny cheerleaderek której była kapitanem, a Bonnie nie jadała nigdy lunchu w szkole. Do mojego stolika ni stąd ni zowąd podszedł Stefan. Chciał porozmawiać. Usiadł naprzeciwko mnie. O dziwo nie nałożył sobie nawet nic do jedzenia. 
- Gdzie twój obiad?
- Dziś nie będę jadł. Chciałbym z tobą porozmawiać o naszym ostatnim spotkaniu na pogrzebie. 
To nieszczęsne wydarzenie niestety od razu dało o sobie znać. Łzy znów napłynęły mi do oczu. 
- Nie ma sprawy. Właściwie ciekawiło mnie bardzo dlaczego tak nagle zniknąłeś... - Udawałam, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia.
- Wiesz, to bardzo delikatna sprawa. Moi rodzice mieli wypadek. Byłem wtedy z nimi. Wszędzie było pełno krwi. Od tego czasu na sam jej widok jest mi słabo. 
- Tak mi przykro... Nie wiedziałam, że twoi rodzice...
- Zginęli bardzo dawno temu. Mam wrażenie jakby minęło od tego wypadku jakieś sto lat... 
- Kolejna rzecz, która nas łączy. - Próbując rozładować atmosferę uśmiechnęłam się. 
Stefan nie wyglądał na przygnębionego... Jego twarz zawsze miała taki sam wyraz. Był tak przystojny, że nie szło oderwać od niego wzroku. Te jego hipnotyzujące zielone oczy... Nawet Matt w najmniejszym stopniu mu nie dorównywał. Miał tak przyciągającą twarz... Kątem oka widziałam jak wszyscy ludzie w stołówce gapią się na nas. Było to nieco niezręczne.
- Chciałem się upewnić, czy nasze dzisiejsze plany na wieczór są nadal aktualne?
- Oczywiście. Mógłbyś po mnie przyjechać o dwudziestej? Mieszkam na...
- Wiem, gdzie mieszkasz. - Przerwał.
- Ale...? - Próbowałam nie dać po sobie poznać zaskoczenia. 
-To małe miasteczko. Wszyscy wiedzą. 
Przez rozmowę ze Stefanem nie zdążyłam dokończyć posiłku. Dzwonek już rozbrzmiał się po całej szkole a uczniowie rozeszli się do klas. 
- Jaką masz teraz lekcję?
- Francuski. Po niej idę już do domu. - Odpowiedziałam. Mimo, że już rozmawialiśmy ze sobą dość długo, ja wciąż czułam się nieco onieśmielona. 
- Ja odpuszczę sobie ostatnią lekcję. Wracam do pensjonatu. 
- W takim razie do wieczora. 
Jadalnia opustoszała, a ja ruszyłam podniecona wieczornym spotkaniem na kolejne wykłady.


piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 2

  Pogrzeb 


    Na sam widok domu opanowała mnie fala zdenerwowania. Pamiętam jak tata zawsze majsterkował w garażu a mama pielęgnowała rośliny w ogrodzie. Wszystko mi ich przypominało. Nawet najdrobniejszy szczegół. Latem zasiadaliśmy na werandzie i organizowaliśmy grilla. Zapraszaliśmy najbliższych znajomych, nawet tata czasem kogoś zaprosił. Był raczej typem samotnika. Podobnie jest z Jerremym. Bardzo mi go przypomina. Przypatrując się można by zauważyć, że są nawet bardzo podobni. Takie same kasztanowe włosy, brązowe oczy. Ja jakoś nigdy do nich nie pasowałam. Czułam się jakaś inna. Nie można było też nie zauważyć, że Jerr zawsze był ich ukochanym dzieckiem i traktowali go lepiej. Teraz oczywiście nie chowam do nikogo urazy. Wysiadłam z samochodu. Długo leżałam w łóżku, więc teraz wszystko mnie bolało. Doszedł mnie uradowany głos sąsiadki z naprzeciwka:
- Elena. Tak się cieszę, że już wróciłaś!
- Tak, ja też.    
- Bardzo mi przykro z powodu twoich rodziców. Dlaczego zawsze to spotyka tak wspaniałych ludzi? Miranda i Grayson tak wspaniale spisywali się w klinice. Miasto zawsze będzie o nich pamiętać.
- Nam też nie jest teraz łatwo. Będziemy musieli pomyśleć co będzie dalej z przychodnią.
- Moja siostra właśnie skończyła studia medyczne. Może będzie zainteresowana chociażby wynajmem. Porozmawiam z nią jutro.
- Nie myśleliśmy jeszcze o tym. Na razie nie mamy do tego głowy. - Odpowiedziałam nieco zmęczona rozmową.
Pani Sharrif zawsze była wielką plotkarą. Lubiła o wszystkim wiedzieć. Nieraz dokładała też swoje pięć groszy. Jednak miło z jej strony, że chciała pomóc.
- Rozumiem. No cóż, gdy podejmiecie decyzję dajcie znać. Zaplanowaliście już datę pogrzebu?
 - Spytała zaciekawiona.
Od momentu śmierci rodziców "pogrzeb", był chyba najgorszym słowem jakie znałam. Nie chciałam nawet zastanawiać się jak będzie wyglądał. Marzyłam aby jak najszybciej wejść do domu i przywitać się z Jerremym, więc powiedziałam sąsiadce, że musimy się już zbierać. Jenna wyciągnęła z bagażnika zakupy, które zrobiła rano. Znajoma pożegnała mnie i Jennę i przeszła na drugą stronę ulicy.
- O czym rozmawiałyście? - Spytała zaciekawiona ciocia.
- Wiesz jaka Ona jest. Zawsze jej wszędzie pełno. Pytała jak się czujemy i kiedy pogrzeb.
- Byłam dziś rano w kościele. Rozmawiałam z biskupem. Na sobotę rano jest wolny termin. Do tego czasu musimy załatwić wszelkie formalności.
- W sobotę? Przecież to za 4 dni.
Nie wiedziałam, czy jestem na to gotowa. Cały świat się  dla mnie zmienił. Dotychczas byłam tylko na jednym pogrzebie. Miałam wtedy bodajże dziesięć lat.
- Wiem. Dlatego musimy wziąć się w garść i wszystko załatwić. Nie będę wciągała w to Jerremiego, nie chcę jeszcze bardziej go załamywać. - Powiedziała z troską.
- Spokojnie. Poradzimy sobie same. Jutro napiszę do najbliższych konkretne informacje dotyczące pogrzebu.  - odparłam.
Jenna zamknęła samochód i wyjęła klucze z domu. Weszłyśmy na werandę. Zakupy położyłam przed drzwiami. Gdy drzwi się otwarły poczułam znajomy zapach drewna. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak sprzed dnia wypadku. Rozebrałam buty i weszłam do jadalni. Pierwsze co przykuło moją uwagę to wielki portret naszej rodziny wiszący nad drzwiami. Wszyscy byliśmy tacy szczęśliwi. Pamiętałam dokładnie dzień gdy robiliśmy to zdjęcie. Do oczu napłynęły mi łzy. Gdy ciocia zobaczyła moją reakcję podeszła do mnie i mocno się w nią wtuliłam. Łzy ciekły jedna po drugiej. W gardle czułam ogromną kulę przez co nie mogłam nic z siebie wydusić.
Usłyszałam jak ktoś schodzi po schodach.
- Jerremy? - Zawołałam cicho.
Oczy miał całe zaczerwienione od płaczu. Włosy rozczochrane na wszystkie strony. Serce krajało mi się jak na niego patrzałam.
- W końcu jesteś. -Powiedział z nutą smutku w głosie.
- Tak. Teraz będziemy razem.
- Nie chcę tak żyć Eleno. Chcę żeby było tak jak dawniej. Musi być!
- Uporamy się z tym. Będzie ciężko ale nie możemy się poddać. Z czasem smutek minie. Jestem pewna. - Objęłam go mocno i wyszeptałam do ucha jak bardzo go kocham.
Dlaczego akurat nas musiało to spotkać?

~~~*~~~

       - Matt. Dobrze, że Cię widzę. - Westchnęła Caroline. Wesoła, śliczna blondynka. Jedna z najlepszych przyjaciółek Eleny.
- Cześć Care. Nie mam ochoty rozmawiać teraz o Elenie. - Odpowiedział ozięble.
- Widziałeś się z nią?
- Byłem u niej w szpitalu. Dziś już jej nie zastaniesz. Wróciła do domu.
- Odwiedzę ją dziś po szkole. Chcesz iść ze mną?
- Raczej będzie bardziej cieszyła się tylko na twój widok.
Zdezorientowana Caroline nie wiedziała co powiedzieć. Zdziwiło ją nieco zachowanie Matta, ale nie chciała się wtrącać. Zazwyczaj wiedziała wszystko o wszystkim i wszystkich.
Równo o dziewiątej zadzwonił dzwonek na lekcje. Care zamknęła za sobą szafkę na książki i ruszyła w kierunku sali od historii. Szkoła, była duża ściany ozdobione dyplomami zdobytymi przez uczniów. Korytarze opustoszały. Uczniowie weszli do swoich sal lekcyjnych.
- Witam. Dziś zajmiemy się wojną secesyjną. Otwórzcie podręczniki na stronie sto szesnastej. - Powiedział nauczyciel historii. - Pan Tanner. Zgorzkniały, w średnim wieku. Nigdy nie był  zbyt lubiany przez uczniów. Właściwie to budził w nich ogromny stres. Sala była praktycznie pełna. Brakowało jedynie Eleny i Bonnie się gdzieś zapodziała.
- Czy wy w ogóle macie jakiekolwiek pojęcie o tym czasie historycznym?
Caroline rozejrzała się po klasie. Wszyscy wpatrzeni w podręcznik, szukający  odpowiednich informacji. Ona raczej nie należała do najlepszych uczniów, jeśli chodzi o naukę.
Do sali nagle wpadła Bonnie. Po jej twarzy widać było, że jest bardzo zdenerwowana.
- O kogo tu przywiało... - Zwrócił złośliwą uwagę nauczyciel.
- Przepraszam panie Tanner. Już zajmuję miejsce. - Bonnie była ciemnoskórą brunetką. Nie była tak atrakcyjna jak Caroline. Właściwie nie przejmowała się takimi rzeczami  jak fryzura czy makijaż. Uchodziła raczej za chłopczycę. Jej mama wyjechała z miasta, gdy była niemowlęciem. Więcej jej nie widziała. Ojciec natomiast nie specjalnie wczuwał się w swoją rolę, więc dziewczyna mieszkała z babcią. Była przez to wyśmiewana. Wszyscy głupio drwili z jej babci, która zajmuje się magią. Twierdzi, że czuje jak świat  wokół do niej przemawia. Przez to nie miała opinii najnormalniejszej w Mistic Falls.
- Gdzie byłaś tak długo? Czekałam z dwadzieścia minut w Grillu na Ciebie.
Mistic Grill to najlepsza knajpka w mieście, zawsze przychodzi tam mnóstwo ludzi z całego miasta. Przynajmniej raz w tygodniu organizują wielkie imprezy, na które zawsze z chęcią chodziłam.
- Zaspałam. Miałam koszmar. Śniło mi się, że w naszym mieście wydarzy się dziś coś złego, a gdy biegłam do szkoły, zobaczyłam ukradkiem w gazecie, że doszło do kolejnego napadu zwierzęcia. Tym razem na młode małżeństwo. To już drugi taki atak w tym tygodniu. - Wydyszała zmęczona biegiem do szkoły.
- Nie przesadzaj. To tylko zbieg okoliczności. Sama mówisz, że to był napad zwierzęcia. Takie wypadki się zdarzają. - Z irytacją odpowiedziała jej przyjaciółka.
- Ciała, były całkowicie wyssane z krwi. Dobrze wiesz co ostatnio powiedziała mi babcia. Nie jesteśmy normalną rodziną. To co o niej mówią to nie tylko głupie docinki.
- Twoja babcia jest lekko mówiąc trochę stuknięta. Naopowiadała Ci bzdur o czarownicach i tej całej magii a ty wbijasz sobie teraz do głowy jakieś niestworzone historie.
- Dziewczyny! Przeszkadzam wam w czymś?! - Zirytowany pedagog podszedł do stolika  dziewczyn.
- Przepraszamy. - Bonnie odwróciła się w kierunku tablicy.
- Nie ma żadnego przepraszam. W tej chwili do odpowiedzi.

~~~*~~~

Z szafy wyjęłam czarną sukienkę. Nadszedł dzień, którego ostatnimi czasy najbardziej się obawiałam. Sobota. Dzień pogrzebu. Wzięłam szybki prysznic, przeczesałam włosy. Sukienka miała długie rękawy i sięgała do połowy uda. Schodząc na dół zerknęłam jeszcze co z Jerremym. Miał na sobie śnieżnobiałą koszulę i garnitur. Nigdy chyba nie widziałam go tak ubranego. Zawsze chodził w bluzie i dresach. W tej kreacji jeszcze bardziej przypominał mi tatę.
Jenna czekała na nas na dole. Włosy miała upięte w kok. Ubrała tak jak ja czarną sukienkę i buty na obcasie.
  - Jerremy już schodzi. - Powiedziałam tylko po czym poszłam do kuchni po szklankę wody.
- Musimy się pośpieszyć. Zaraz rozpocznie się msza.
Serce dudniło mi jak oszalałe. Czegoś takiego jeszcze nie czułam. Chciałam  żeby było już po wszystkim.
Gdy Jerr zszedł na dół ruszyliśmy do wyjścia. Nie rozmawialiśmy ze sobą za wiele. Jenna rzuciła tylko ,,no to w drogę".
Dotarliśmy do kościoła. Ukradkiem zobaczyłam jak Matt spogląda na mnie. Było to nasze pierwsze spotkanie od czasu zerwania. Bonnie i Caroline zajęły już chyba miejsce w kościele bo nigdzie ich nie widziałam. Ludzie podchodzili do mnie i mówili jak im przykro. Byłam tym już odrobinę zmęczona. Msza szybko się skończyła. Przy ołtarzu na małym stoliku stało zdjęcie mamy i taty. Patrząc na nie wracały wszelakie wspomnienia. Nie dawałam tego po sobie poznać, ale miałam wrażenie, że zaraz eksploduję i wybiegnę z kościoła. Wszyscy na mnie patrzyli. Był to chyba najgorszy dzień w moim życiu. Bynajmniej gorszego sobie nie wyobrażałam.
Rodzice byli lekarzami, więc na pogrzeb przyszło bardzo dużo ludzi. Większości nawet nie znałam. Na cmentarzu każdy po kolei kładł kwiaty na grób. Gdy ludzie zaczęli się rozchodzić zrobił się tłok. Jakiś mężczyzna przypadkiem popchnął mnie a ja straciłam równowagę i upadłam na trawę.
- Cholera. Czy Ci ludzie są ślepi?! -Doszedł mnie głos.
Odwróciłam się, by zorientować się do kogo należał. Tuż za mną stał młody chłopak. Wyciągał rękę w moją stronę i pomógł wstać.
- Dziękuję. - Ledwo co wydusiłam z siebie. Przystojniejszego chłopaka chyba nigdy nie widziałam. Na oko miał około siedemnaście lat. Nie dało się nie zauważyć, że był bardzo blady. Zielone oczy, włosy koloru brudnego blondu. Delikatny zarost dodawał mu męskości. Ubrany był w garnitur, więc zdecydowanie przyszedł na pogrzeb. Serce waliło mi jak głupie. Byłam raczej nieśmiała i nie wiedziałam co powiedzieć.
- Bardzo dużo ludzi przyszło na pogrzeb twoich rodziców...
- Skąd ty...
- Jestem Stefan. - Chłopak przedstawił się.
- Elena. - Odpowiedziałam szybko i przeczesałam włosy ręką.
- Piękne imię. - Powiedział z uśmiechem.
Czułam, jak się rumienię. Odwróciłam wzrok i spojrzałam na dwie trumny stojące niedaleko.
- Przykro mi z powodu wypadku. Moi rodzice także nie żyją. - Z troską chciał mnie jakoś pocieszyć.
- Właściwie, co tutaj robisz? Znałeś ich?
- Podobno byli lekarzami. Moja babcia zawsze przychodziła do nich z każdym problemem. Byli wspaniałymi ludźmi z tego co słyszałem. Chciała tutaj przyjść, ale źle się poczuła. Stwierdziłem, że sam przyjdę.
- Miło z twojej strony. Uśmiechnęłam się przyjaźnie. Chyba pierwszy raz od czasu wypadku. Dopiero teraz zorientowałam się, że z mojej dłoni cieknie krew. Musiałam upaść na jakiś kamień, gdy się potknęłam.
Gdy odwróciłam się znów w stronę chłopaka, zauważyłam że zniknął. Bez pożegnania, zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu...