niedziela, 25 października 2015

Rozdział 13

Rihmond


          - Jesteśmy na miejscu. - Stefan zatrzymał samochód w środku lasu. Otworzyłam drzwi auta a świeże, leśne powietrze zalało moje płuca. „Rozglądnęłam” się naokoło, ale oprócz lasów, krzaków i ruin jakiejś zapewne budowli nic nie przykuło mojego zainteresowania. Zwykły las, do którego przynajmniej raz w roku wychodziłam, aby z tata, mamą i Jeremym nazbierać grzyby.
           - Tutaj? Tu przecież nic nie ma.
           - Za czasów, gdy byłem jeszcze... człowiekiem był tu mój dom.
          
Stefan

Rok 1864

          - Oj nie braciszku, tym razem to ja wygrałem! - jak co sobotę wraz z bratem graliśmy godzinny mecz w football.
Jako, że Damon zawsze wygrywał duma przepełniała mojego ojca, że jak to się wyraził „rośnie ze mnie ktoś”. Zawsze faworyzował mnie bardziej niż brata. Mnie to odpowiadało, ale czy choć raz pomyślałem jak to wygląda z perspektywy Damona? Wojna coraz bardziej zaczynała dawać o sobie znać a ludzi ubywało coraz więcej. Kolejne rodziny traciły ojców, braci a kobiety mężów. Pewnej nocy obudził mnie hałas z podwórza. Zerkając dyskretnie przez zasłonki w moim pokoju widziałem tylko dach powozu na naszym podjeździe. Takie zdarzenia miały miejsce coraz częściej. Był to czas wojny secesyjnej a nasz dom i rodzina cieszył się dostatkiem i jak to mówili ludzie na ulicach „przemiłą atmosferą” z czym się zupełnie nie zgodzę. Matka zmarła, gdy ja miałem dziesięć lat, a ojciec? Udawał silnego, ale od tamtego czasu zmienił się co widać było gołym okiem. Damon miał wyjechać do wojska, a tylko on dawał mi tyle miłości ile tylko potrzebowałem. Nie wiedziałem tylko dlaczego ludzie tego nie zauważają. Coraz więcej mieszkańców Mistic Falls traciło swoje domy i poszukiwały schronienia, więc takie widoki były dla nas niemal codziennością. Położyłem się spać nie świadom jeszcze co spotka mnie rano.
Pierwsze promienie słońca dostawały się do mojego pokoju przez błękitne zasłony. Po porannej toalecie zszedłem do jadalni, gdzie już ze śniadaniem czekał na mnie tata z nieznanym mi towarzystwem. Po prawej kobieta o bujnej zagranicznej urodzie w wieku lekko przed czterdziestką. Tata z zaciekawieniem pytał o jej historię podziwiając przy tym jej kobiece wdzięki. Po lewej zaś mulatka, cicha i poukładana.
          - Stefanie, poznaj naszych nowych gości. To jest Pell – wskazał ręką na czterdziestolatkę.
          - A to Emilly, służka panny Katherine - wskazał na lewo. Podszedłem do pierwszej damy i ucałowałem dłoń, tak jak uczył mnie tego ojciec. To samo zrobiłem z drugą imigrantką.
         - Poznaj chłopcze moją panią - mulatka wskazała ręką uroczą damę. Odwróciłem się w jej stronę i dopiero teraz nasze spojrzenia napotkały się. To co czułem w tym momencie... niezapomniane. Ciepła oliwkowa cera i hebanowe włosy. Kocie, duże oczy tak hipnotyzujące, że ledwo szło oderwać od nich wzrok. Resztką trzeźwego umysłu również i do niej przychyliłem się i ucałowałem wierzch dłoni.
          - Katherino poznaj proszę mojego młodszego syna Stefana - panienka uśmiechnęła się odsłaniając przy tym swoje piękne, równe białe zęby. Odwzajemniłem uśmiech. Siadłem naprzeciwko nieznajomej panny i zacząłem spożywać posiłek. Tata rozmawiał z Pell i Emily na temat pustoszenia miasta i coraz częstszych ataków zwierząt, ja zato dyskretnie obserwowałem Katherine. Czuła chyba na sobie mój wzrok, bo jej policzki zalały delikatne rumieńce, które jeszcze bardziej nadawały jej uroku.
Gdy wszyscy skończyli posiłek w jadalni pojawił się Damon. Jak zawsze do późna w nocy zapewne spacerował po mieście, co wcale w obecnych czasach nie jest bezpieczne a później spał do południa.
          - Damon! Jak miło cię znowu widzieć - Katherine przychylnie uśmiechnęła się do niego a ja nie miałem bladego pojęcia skąd się znają. Ojciec wyglądał na równie zaskoczonego co ja.
          - Skąd wy...
          - Ojcze. Pokazywałem panience Pierce okolice Mistic Falls.
          - Znowu po nocy chodzisz po mieście. Mało słyszałeś o tym co roi się w lasach? Mojego wspólnika zabiła kilka tygodni temu puma, bądź jakaś inna bestia - orzekł wyjaśniając do Pani Pell, ta wydawała się zaciekawiona i chciała dowiedzieć się więcej, także odeszli od stołu a ojciec zapewne zabierze ją na przechadzkę a później do swoje sypialni jak to miał w zwyczaju.
         - Emily odejdź od stołu - poleciła Katherine. Służka posłusznie wyszła a w sali zostałem tylko z bratem i panienką. W powietrzu czuło się jej słodkie waniliowe perfumy, a jej melodyjny głos przyprawiał mnie o dreszcze.
          - Stefanie, nie powinieneś teraz iść do stajni? - Damon jednoznacznie chciał się mnie pozbyć. Zawsze co prawda po śniadaniu wychodziłem do koni, ale tego poranka nie miałem na to najmniejszej ochoty. Pragnąłem jak najdłużej cieszyć się widokiem Katheriny. Nie chcąc jednak być namolnym opuściłem pomieszczenie i tym samym chcąc nie chcąc zostawiłem ich samych.
          - Już myślałem, że nigdy sobie nie pójdzie... - usłyszałem za sobą głos Damona. Nie tego się spodziewałem. Nigdy taki nie był...
          - A widziałeś jakie oczy maślane do mnie robił? - to zabolało jeszcze bardziej. Nie chcąc dłużej słuchać obelg z ich ust wyszedłem do stajni. Chłodne, wrześniowe powietrze owiało mi twarz, co choć trochę pomogło. Wkurzony uderzyłem pięścią o furtkę. Obraz pięknej twarzy dziewczyny ciągle tkwił mi w głowie.
Przez resztę dnia nie opuszczałem swojego pokoju. Wieczorna wizyta wyrwała mnie z rozmyślań. To była ona...



OBECNIE

   Słuchałam Stefana w pełnym skupieniu. Jak bardzo kobieta może wpłynąć na braterską miłość? Nie mieściło mi się to w głowie. Doceniałam zaufanie jakim obdarzył mnie Stefan, nie chciałam też tego nadużywać dlatego o szczegóły nie wypytywałam. Wiedziałam, że nadarzy się jeszcze okazja.
        - Możemy pojechać w jeszcze jedno miejsce? - poprosiłam. Dochodził wieczór, a Jena i tak musiała zostać na nocnej zmianie. Wyjechaliśmy z lasu mijając kolejne domy i aleje.

~~~~*~~~~

    Byliśmy na miejscu... Rihmond, czyli stolica Virginii, z którą mam wspomnienia od dziecka. Zaprosiłam Stefana do mojego starego domu, którego pomimo rzadkiego używania wciąż nie sprzedaliśmy. Nie byłam tutaj jeszcze od czasu wypadku. Chciałam , żeby Stefan był wtedy ze mną. Rzeczy rodziców wciąż stały na swoim miejscu... Nie miałam najmniejszej ochoty pozbywać się ich teraz... Na ścianach jakby nigdy nic, wciąż wisiały nasze stare fotografie. W domu już dawno wszystkie zdjęliśmy. Za dużo wspomnień. Pierwsze zdjęcie z brzegu przedstawiało mnie i tatę podczas łowienia ryb. Jego uśmiech... tak bardzo chciałabym go znów zobaczyć. Teraz pod wpływem chwili tak naprawdę widzę jak mi tego brakuje.



 Przez łzy napływające mi do oczu kolejne. zdjęcie były już dla mnie ledwo widoczne i rozmazane. Mama trzymająca Jeremiego na rękach, jeszcze jako niemowlaka. Miałam wrażenie, że wszystko działo się ledwie wczoraj. W rzeczywistości od ich śmierci minęło już siedem miesięcy. Stefan widząc moją reakcję mocno przytulił mnie do siebie. Jego ramiona dawały mi zawsze poczucie pełnego bezpieczeństwa. Wieczór był chłodny. Stefan oczywiście tego nie czuł, ale dom był już długo nieogrzewany, a ja tak naprawdę miałam wrażenie, że zamienię się w kostkę lodu.

Weszliśmy ze Stefanem do sypialni rodziców po kilka koców. Pomieszczenie było teraz już bardzo zakurzone widać, że długo nikt w nim nie przebywał. Na wielkim, dębowym łóżku leżały idealnie poukładane pościele.
          - Śpimy tutaj, czy... - odwróciłam się, a Stefan stojąc tuż za mną chwycił mnie w pasie i namiętnie pocałował. Całowałam się z nim już kilkadziesiąt razy, ale żaden z jego pocałunków nie oddawał tego teraz. Chciałam, aby ta chwila się nie kończyła. Ściągnął mój sweter a ja zaczęłam odpinać guziki jego koszuli. Dłonią delikatnie pieściłam jego nagi, umięśniony tors. Nasze wargi na chwilę oderwały się od siebie.
         - Wszystko gra? - spytał z nutą zmartwienia w głosie. 
         - Ja nigdy... - dziwnie było mi powiedzieć mu, że wciąż jestem dziewicą, ale wiedziałam że jeśli tego nie zrobię będzie mi z tym źle.
        -  Nie bój się. Będę pierwszym i mam nadzieję, że również ostatnim. - ułożyliśmy się wygodnie na łóżku. Pod wpływem jego pocałunków i pieszczot wprawiał moje ciało w gęsią skórkę. Czułam się jakby przez każdy nerw w moim ciele przewijał się prąd, jakby serce miało mi wyskoczyć zaraz z piersi, ale nie ze strachu. Nie bałam się w ogóle a wręcz przeciwnie. Nigdzie nie byłabym bardziej bezpieczna, niż w jego ramionach. Zimna skóra Stefana delikatnie chłodziła moją rozpaloną. Opuszkami palców gładziłam jego ciało. Przywarłam do niego jak tylko najbliżej umiałam.
       - Jesteś gotowa? - zapytał po raz ostatni. Byłam gotowa. Gotowa i szczęśliwa. Mimo wszystkiego co się działo, w tym momencie i w tym miejscu nie mogłam czuć się szczęśliwsza niż gdziekolwiek indziej.
       - Staliśmy się jednym ciałem i duszą. Jednością.


***

Rozdział jak widać już jest :D Pisałam go najdłużej ze wszystkich, mam nadzieję że nie nadaremnie i się Wam podoba. Nowy za około dwa tygodnie, jeżeli pojawi się minimum 5 komentarzy ;) Fani Deleny nie załamywać się proszę, na waszą parkę też przyjdzie czas :P Głównie wątki "stelenowskie", ale w kolejnym poście przybliżę lepiej historię pierwotnych także spokojnie wytrzymajcie do następnego <3

Czytasz = komentujesz

piątek, 9 października 2015

Rozdział 12


"Ciekawość to pierwszy stopień do piekła"

 

 Jak widać jest rozdział :D Zmotywowałam się i siadłam w końcu przed komputerem. Na zewnątrz coraz chłodniej, więc czasu na pisanie będzie zapewne więcej. Wiele z Was może mieć problem z połapaniem się o co chodzi w tym rozdziale ze względu na taką długą przerwę. Polecam Wam dlatego przeczytać jeszcze raz rozdział 11. Nie jest on za długi a na pewno będzie Wam się lepiej czytało :*



          - Typowy Damon... - znajomy głos Stefana urwał krępującą sytuację.
          - Ja... - Starałam jakoś się wytłumaczyć. Pogardliwy uśmieszek Damona doprowadzał mnie do szału. Był on jednak taki podniecający, że aż nie dało się skupić uwagi na niczym innym.
         - Następnym razem braciszku informuj, gdy będziesz spodziewał się gości.- Ta ironia w głosie i pewność siebie, to było coś czego Stefanowi zdecydowanie brakowało.
          -Eleno nie przejmuj się, do ciebie nie mam żalu.- Posłał w moją stronę buziaka. Ten niewinny flircik był tak niekomfortowy dla mnie, że już czułam jak się czerwienię. Stefan podszedł do mnie i pocałował, chcąc utrzeć nosa starszemu Salvatore. Nie wiem dlaczego, ale było mi źle wiedząc że Damon obserwuje nas.
          - Wyjdziemy do Grilla? - Szepnął mi do ucha. Z utartym nosem wyszliśmy z domu.

    W samochodzie Stefana pachniało jak zawsze świeżą wanilią. Niesforna cisza panująca między nami doprowadzała mnie powoli do szału.
           - To co widziałeś... to było nieporozumienie. - Nikt zapewne nie chciałby być w tym momencie w mojej skórze. Nie lubiłam sprzeczek, tym bardziej z nim.
          - To nie ma nic wspólnego z tobą. To sprawa między mną a Damonem. - Nie powiem wzbudził on moją ciekawość. Musiałam wiedzieć więcej.
          - Myślałam, że możemy porozmawiać o wszystkim?
          - Nie chcesz znać mnie z drugiej strony.
          - Chcę znać z każdej. Nie spławisz mnie tak szybko. - Starałam się nadać nieco bardziej żartobliwy charakter rozmowie.
         - Trochę jest to opowiadania, gdyby nie pamiętnik nie spamiętał bym wszystkiego.
          - Piszesz pamiętnik? Nic mi o tym nie wspominałeś.
          - Po co mam zanudzać. To już historia. DAWNA historia.
          - Czy ta twoja „dawna historia” ma związek z Katherine? - Wiedziałam. Dłużej nie umiałabym siedzieć cicho. Odkąd tylko o niej usłyszałam coś mi nie pasowało. Stefan pod wpływem chwili mocno zahamował tuż przed pasami, po których staruszka przechodziła wolnym tempem na drugą stronę, a opony aż z piskiem zatrzymały się. Stefan milczał.
         - Opowiedz mi o niej...-Nie dawałam za wygraną. Miałam nadzieję, że w końcu się przełamie.
         - Nie będę opowiadał, może lepiej ci pokażę. - minęliśmy Grilla i nie wiedząc gdzie Stefan mnie wiezie pokonywaliśmy kolejne dzielnice Mistic Falls.


~~~*~~~
Pamiętnik Klausa 

14 lipiec 1711

„To dzisiaj. W końcu uwolnię się od klątwy i będę najgorszym stworzeniem jakie widział świat. Wszystko dzięki słodkiej, naiwnej Katherine. Jak można być tak głupim? Mam nadzieję, że Elijah nie pokrzyżuje mi planów,wszyscy dobrze wiedzą jaki ma pociąg do brunetek. Jak bardzo zazdrości mi tego, że tylko ja ją mogę mieć. Aż przyjemnie popatrzeć. Gdyby nie jej krew mógłbym się podzielić. Krótko mówiąc. Mam kamień, wiedźmę i Lockwooda. Wampirów nie mało jakiś się znajdzie. Wszystko idzie zgodnie z planem, a jeśli ktoś pokrzyżuje mi szyki z przyjemnością umieszczę go na mojej liście „ TRUPY”. Na ten dzień czekam od ponad 500 lat, teraz tylko czekać do pełni. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem już jutro zacznę ścigać ojca. Zapłaci mi za wszystkie lata młodości...”




OBECNIE

         - Klaus, widziałem ją, rozmawiałem... - Elijah stał po mojej stronie jak za starych dobrych lat. Próbuje odzyskać moje zaufanie, ale jestem nieugięty. Nie dam mu szansy po tym co zrobił. Zdradził mnie... Zdradził brata, a dla kogo? Kobiety. Niedorzeczne jest jaki wpływ ma na wampira człowiek.
          - No więc przejdźmy do rzeczy... Czy masz jakikolwiek dowód na to co mówisz?
          - A żebyś się zdziwił. - Brat wyciągnął z kieszeni czarnej marynarki srebrny wisior, za dawnych czasów należący do mojej, tak samo jak on zdradzieckiej siostry.
          - No dobra, powiem ci zaskoczyłeś mnie. Skoro ty masz medalion to gdzie jest Rebekah?
          - Na to pytanie możesz odpowiedzieć tylko ty sam...
          - Twoja wersja nie jest zbytnio przekonywująca, po raz ostatni pytam skąd go masz?
          - Od samego sobowtóra. Nawet nie zauważyła kiedy go zabrałem.
          - Nie blefuj. Gdyby Katherine żyła miałaby z pięćset lat. Jej zgniłe ciało już dawno zżarły robale. - Rozmowa przybrała nieco ostrzejszy ton, czy on nie mógł mówić jaśniej?
          - Czy ja wspomniałem coś o Katherine? Ostatni raz...
          - Widziałeś ją,kiedy pomagałeś jej uciec, co? - Dokończyłem za niego.
          - Pamiętliwy jak zawsze... Wracając do tematu. Myślisz, że kontaktowałbym się z tobą,gdyby to nie było ważne? Kilkaset lat temu popełniłem błąd. Chcę go naprawić.
          - Mów dalej...
          - Sobowtór żyje... Nie mówię tu o słynnej Petrovej. Pamiętasz może naszą starą znajomą Rose*?
          - Jeszcze pytasz... Była niezła, zwłaszcza w łóżku,co to na wspólnego z sobowtórem? - Na same wspomnienie przeszedł mnie dreszcz.
          - Rose znalazła ci zastępcę. Pewna przeurocza siedemnastolatka jeszcze nie wie,że staniesz się jej najgorszym koszmarem. - Teraz wiedziałem. Wiedziałem, że Elijah mówi poważnie.
          - Gdzie ją znaleźć? - Gotowało się we mnie jak w garnku. Los dał mi kolejną szansę. Teraz musiałem działać na własną rękę, kolejny raz błędu nie popełnię.
          - Nie musisz szukać, już znalazłeś.
          - Mistic Falls. - Domyśliłem się szybko, a na mojej twarzy zagościł uśmiech zwycięstwa.





* Rose - < patrz rozdział 5>

***
Trochę dowiedzieliśmy się już o Klausie :D Jeżeli czegoś nie zrozumieliście, to nie martwcie się. Wszystko z kolejnymi rozdziałami będzie się powoli wyjaśniało. Dam Wam też spoiler. W następnych postach będzie dużo retrospekcji na temat przeszłości pierwotnych jak i Damona i Stefana.
Żałuję, że skończyłam na tak długo pisanie tutaj. Wiem, że wiele osób sądziło że zawiesiłam bloga i już tutaj nie wchodzi. Więcej już tego błędu nie popełnię.  Liczę jednak na motywujące komentarze z waszej strony. 
Nowy post w przyszłym tygodniu, jeśli uzbiera się chociaż z pięć komentarzy. Miłego weekendu!

Czytasz=Komentujesz