niedziela, 17 maja 2015

Rozdział 7


Powtórka z historii 

 

       - Kochałeś? Przecież to dziewczyna twojego brata.
          - Brzmi jak w kiepskiej telenoweli prawda? Katherine była niezwykła. Potrafiła omotać każdego. Nikt nie był w stanie jej się oprzeć. Ja poznałem ją pierwszy...
     W roku 1864, gdy stał tu jeszcze nasz rodzinny dom, byliśmy z bratem nierozłączni. Zawsze razem. Gdy doszło do walki Północy z Południem w mieście panowało opustoszenie. Ciała wyssane z krwi... Nikt specjalnie się tym nie przejmował. Każdy był zajęty czymś innym. Wtedy ona przyjechała do miasteczka... Jej służąca Emily była czarownicą. Twoja przyjaciółka jest jej pra pra pra wnuczką. - Gdy Damon opowiadał mi o niej wyobrażałam sobie jakbym tam była. Pogrążona w słuchaniu opowieści zapomniałam o strachu. Chciałam wiedzieć wszystko.
          - Chwila, skąd znasz Bonnie?- Byłam nieco zaskoczona. Przecież Damona znałam zaledwie jeden dzień, a tyle wiedział o moim życiu.
          - Obserwowałem cię już wcześniej. Gdy doszły mnie słuchy, że Stefan znów odwiedził Mistic Falls od razu się domyśliłem, że chodzi o Katherine. Przynajmniej, aż nie zobaczyłem ciebie. Wracając do opowieści... Od razu nabrałem dobry kontakt z Katherine. Od pierwszego wejrzenia wiedziałem, że nigdy  nie pokocham innej kobiety. Jej śmiech... Muzyka dla uszu. 
          - Skoro byłeś w niej taki zakochany dlaczego to twój brat zaczął z nią chodzić?
          - Oprócz tych wszystkich zalet, miała też oczywiście wady. Była samolubna, nieuczciwa i nigdy nie przejmowała się tym co czują inni. Zwodziła zarówno mnie jak i jego. To właśnie nas tak bardzo poróżniło. Niegdyś bracia Salvatore, wspaniali przyjaciele... Od dnia, gdy tylko się pojawiła to był koniec naszej zgody. Walczyliśmy o nią jak o rzecz. Ale czego się nie robi dla miłości? Wkrótce poznaliśmy jej sekret... 
Była wampirem.




 ~~~*~~~
 
     Na korytarzu Caroline natknęła się na Tylera. Było już za późno, aby zawrócić, ale mając nadzieję, że uniknie niezręcznej sytuacji ruszyła przed siebie. 
          - Hej Care. - Tayler jak zwykle nieziemsko przystojny, ubrany niczym na pokazie mody zatrzymał dzieczynę, jakby nigdy nic się nie stało.
          - Czego chcesz? - Caroline nie mogła kryć swojego oburzenia i niechęci do chłopaka.
          - Muszę przyznać, że świetnie się wczoraj bawiłem... Może to powtórzymy? - Blondynce ziemia ugięła się pod nogami. W ułamek sekundy zapomniała o całej tej sprawie i na jej twarzy znów zagościł uśmiech. 
          - Mnie również bardzo się podobało. Co ty na to, aby spotkać się na przykład w piątek? 
          - Może skoczymy do kina? 
          - Świetny pomysł. Słyszałam, że grają nową komedię. 
          - W takim razie zgadamy się jeszcze. - Nachylił się ku Care i pocałował w policzek na pożegnanie. Dziewczyna czuła jak robi się cała czerwona, ale mając nadzieję, że nikt się nie połapie zdążyła jeszcze wykrztusić tylko:
          - No to pa. - Po czym poprawiła ręką swoje, już i tak idealnie ułożone włosy i odwróciła się w stronę sali, gdzie miała zajęcia. Tuż za nią stał Jerremy...

          - Nie mów, że znów dałaś się omotać temu kretynowi. - Chłopak nie krył swojego niezadowolenia. 
           - Słuchaj. Nie tobie się do tego wtrącać. To, że pomogłeś mi i byłeś miły nie znaczy, że musisz mnie teraz pilnować na każdym kroku. Świetnie wiem co robię. - Całej tej sytuacji przyglądała się Vicki. Dziewczyna wyglądała tak samo ślicznie, jak poprzedniego dnia. Miała na sobie ognistą, czerwoną sukienkę, może nie zbyt odpowiednią do szkoły, no ale każdy ma swój styl...
           - Nie chcę, abyś znów cierpiała. Widziałem jaka byłaś smutna... Ten frajer na to nie zasługuje. 
           - Spokojnie, nie będę. To co się stało już się nie powtórzy. Jestem pewna. A teraz muszę już lecieć na historię. Nie wtykaj więcej nosa w nie swoje sprawy. - Care odwróciła się na pięcie i ruszyła korytarzem, teraz już pustym  na lekcje. W głowie miała tylko swoją randkę z Taylerem. Jerremy zażenowany całym zajściem siadł na ławce w korytarzu. Nie miał ochoty wracać na zajęcia. Vicki, która ciągle stała za szafkami i przysłuchiwała sie całej rozmowie podeszła do chłopaka. 
          - Mogę się dosiąść? - Jerr ukradkiem spojrzał na dziewczynę. Jeszcze wczoraj był by zachwycony takim obrotem spraw, ale teraz tylko przytaknął.
~~~*~~~

          - Care to idiotka. - Vicki próbując pocieszyć Jerremiego położyła rękę na jego ramieniu. 
          - Wcale nie jest taka na jaką wygląda. Jest naprawdę super. - Jerremy ewidentnie zadużył się w Caroline. W sumie trudno się dziwić. Była na prawdę śliczna. Vicki nic nie odpowiedziała. W głębi duszy była bardzo zazdrosna. Chciałaby, aby o nią też ktoś tak się troszczył. 
          - Jesteś świetnym facetem Jerr. Nie jedna wiele by dała za takiego chłopaka. 
          - A ty? - Vicki nieco skrępowana nie umiała znaeźć odpowiedniego słowa, by wyrazić co czuje. Jej policzek zalał rumieniec. 
          - Ja... Sama nie wiem. Nie mam teraz głowy do chłopaków. Jaką masz teraz lekcję? - Próbowała zmienić temat. 
          - Angielski. Cartner nieźle się wkurzy, że znów nie przyszedłem na zajęcia.
          - Nie jest chyba aż tak źle...
 Od śmierci rodziców mam same problemy. Mam dość ciotki, albo Eleny. Chciałyby kontrolować moje życie i bawią się w matki. Dlatego ćpie. Wtedy mogę oderwać się od tych wszystkich problemów,chociażby na chwilę. Wszystko jest tak jak przed wypadkiem. - Vicki patrzyła na chłopaka ze zrozumieniem. Ona nawet nie znała swojego ojca. Mama wyjechała do jakiegoś kochanka, nie zostawiając nawet pieniędzy. Miała tylko Matta, swojego brata. Dzięki niemu jakoś się trzymała, jednak było jej wstyd wyżalić się chłopakowi.
          - Nie opłaca się wracać na lekcje. Chodź pokażę ci fajne miejsce. - Donovan wyjęła z kieszeni mały woreczek z białym proszkiem, po czym znów schowała go, tak aby nikt się nie zorientował. 
         - No nieźle, trzeba było tak od razu. - Chłopak pomógł Vicki wstać i ruszyli do wyjścia. 

~~~*~~~

     Wciąż ciekawa historii braci, siedziałam tylko na brudnej podłodze i słuchałam z uwagą, każdego słowa Damona, chcąc zapamiętać każdy szczegół.
               - Rose wspomniała coś, że jestem sobowtórem Katherine... Co to znaczy?
Rozległ się trzask. Do pokoju, jeśli można było tak nazwać to pomieszczenie wpadł Stefan. Swoją wampirzą prędkością rzucił się na Damona. Bracia teraz leżeli na podłodze, a Stefan z drewnianym kołkiem w ręku chciał unieruchomić brata. Ten natomiast, dużo silniejszy, szybszy i zwinniejszy wyrwał kołek z jego ręki i głęboko wbił w brzuch.  
Damon zupełnie jakby wyparował, zniknął z mojego pola widzenia. Teraz zostałam tam tylko ja i drugi Salvatore. Po wielu wysiłkach, w końcu udało mi się rozplątać supły na rękach. Szybko ruszyłam ku chłopakowi i wyjęłam kołek z jego ciała. W jednej chwili zapomniałam o tym czego się dowiedziałam. W jego oczach znów zobaczyłam tego samego chłopaka, którego poznałam na pogrzebie. Wiedziałam, że jest całkowicie bez sił. Przyłożyłam swoją dłoń do jego ust, chcąc by napoił się moją krwią i odzyskał siłę. Poczułam silne ukłucie. Jego kły wbiły się  moją skórę. Pomimo, że w głębi duszy byłam przerażona, wiedziałam że nic mi nie grozi. Nie przy nim. 

          - Dość! Nie mogę więcej. Nie powstrzymam się. - Stefan odsunął  moją dłoń  i zdołał się podnieść. Znów wyglądał normalnie. 
          - Już ci lepiej? - Wiedziałam, że Stefan nie ma żadnych szans z Damonem. Nie pił ludzkiej krwi, która dawała mu siłę. Byłam pewna, że Damon nie odpuści, a ja nie mogę stracić Stefana. Ryzykował "życie", aby mi pomóc. W tym momencie marzyłam, aby znów wtulić się w jego ramiona i wrócić do domu. 
          - Nic mi nie jest. Damon da jeszcze o sobie znać, musimy być gotowi. Nie pozwolę mu cię skrzywdzić. - W tym momencie nie wytrzymałam dłużej. Mocno wtuliłam się w jego ciało. Krew, która wsiąkała w jego białą koszulę, ubrudziła tez moją sukienkę. 
          - Musimy wracać do domu. Wszyscy się o ciebie martwią. - Razem wyszliśmy ze starych ruin domu. Rozejrzałam się dookoła. Byliśmy w środku lasu, był słoneczny dzień, jak to zawsze w Mistic Falls. Zupełnie straciłam poczucie czasu rozmaiając z Damonem. 



***
     Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Zachęcam do komentowania, można także wybrać opcję "anonimowy". Kolejny rozdział dodam dopiero za jakieś dwa tygodnie, bo teraz nie mam za bardzo czasu na pisanie... Będę was na bieżąco informować o nowych postach na asku :* Dziękuję wszystkim, którzy czytają mojego bloga i komentują <3 Dzięki Wam mam już ponad 3000 wyświetleń w ciągu tych dwóch miesięcy *.* 

A teraz taka ciekawostka...Słyszeliście, że ma być również 8 sezon TVD? <3 W komentarzach piszcie, co sądzicie o finale 6 sezonu i 7 rozdziale :* Dziękuję, że jesteście :*

sobota, 9 maja 2015

Rozdział 6


   Czarownice


     Katherine? Imię od razu przypomniało mi o Stefanie. Wspominał o niej na imprezie, ale jak mogłam zostać z nią pomylona? Nic z tego nie mogłam zrozumieć
          - Przecie Katherine nie żyje! - Na twarzach moich prześladowców malowało się zdziwienie.
          - Coś tu faktycznie jest nie tak... - Na twarzy Rose nie można było  wyczytać niepewność.
          - Stefan opowiadał mi o Katherine. Była jego dziewczyną. - Damon parsknął śmiechem.
          - Dziewczyna? Nie rozśmieszaj mnie. Zawsze byłaś świetną kłamczuchą. Naprawdę sądzisz, że nabierzemy się na te twoje żałosne gierki?
          - Damonie, faktycznie coś tu nie gra. - Rose podeszła jeszcze bliżej mnie. Głowę zniżyła do poziomu mojej szyi. Od razu dostrzegła, że jestem przerażona i cała drżę. - Człowiek...
          - Rose co ty wygadujesz. Dobrze wiesz, że wampiry nie mogą powrócić do ludzkiej postaci. - Salvatore nieco rozkojarzony bacznie mnie obserwował.
          - Popatrz na nią. Cała się trzęsie, zaróżowione policzki, bicie serca. Słyszę, jak krew pulsuje jej w żyłach.
          - Jestem Elena! Elena Gilbert. - Miałam dość tego całego przedstawienia. Wolałabym nigdy nie poznać Stefana i nie wiedzieć o tych całych wampirach. Żyć swoim dawnym życiem.
          - Sobowtór. - Rose wytrzeszczyła na mnie oczy. Damon również nie krył zdziwienia. Zapanowała chwila ciszy.
          - Katherine była ostatnia. Po przemianie w wampira, i śmierci całej rodziny nie mógł narodzić się nowy sobowtór.
          - Oczy mnie nie mylą Damonie. W końcu będę wolna...

~~~*~~~

     Do drzwi rozległo się pukanie. Jerremy wstał rozkojarzony z łóżka i otworzył drzwi.
          - Caroline. Eleny nie ma. Co ty  tu robisz tak wcześnie?
          - Jak to? Wyszła z imprezy jeszcze przed północą, powinna być już  domu...
          - Na pewno zatrzymała się u Bonnie.
          - We dwie zawsze najlepiej się bawią. - Care nieco się zirytowała. Zawsze twierdziła, że Elena i Bonnie wolą spędzać czas tylko w swoim towarzystwie.
         - Nawet tak nie mów. Może wejdziesz i napijesz się herbaty? Opowiesz mi o wszystkim.
         - Mam wyżalać się młodszemu bratu mojej przyjaciółki? W sumie czemu nie. Jesteś chyba jedyną osobą, która chociażby się mną zainteresowała. - Caroline zamknęła za sobą drzwi i ruszyła za Jerremym na górę, do jego pokoju. Jena po ciężkim dniu w pracy spała jak zabita. Niezauważeni przeszli przez jej sypialnię.
     W pokoju panował okropny bałagan. Na ścianach wisiały plakaty ulubionych zespołów chłopaka. Blondynka rozsiadła się wygodnie na łóżku i zmarznięta otuliła kołdrą.
          - Musi ci być bardzo zimno... Całą noc szwendałaś się po mieście? I to jeszcze w takim ubraniu? - Po policzku dziewczyny polała się słona łza.
           - Miałam wracać do domu po tej całej akcji z Lockwoodem, ale mama od razu zaczęłaby się wypytywać.
          - Lockwoodem? Nie mów mi tylko, że ty też na niego lecisz... - Gilbertowi przed oczami stanął obraz Vicki i Taya całujących się za szkołą. Zaciekawiony usiadł obok dziewczyny i zaciekawiony prosił by mówiła dalej.
          - Myślę, że nie powinnam z tobą o tym rozmawiać. Tayler jest zwykłym frajerem. Zamiast mnie wolał się zabawić z tą całą Vicki czy jak jej tam. - Więc chodziło o tą sprawę sprzed szkoły. Jerremy liczył na to, że jego nowa znajoma jednak nie da się omotać jakiemuś mięśniakowi. Caroline objęła Jerremiego i ułożyła się wygodnie.
          - Jestem już bardzo zmęczona. Mogłabym dziś się tu zdrzemnąć? - Jerremy przytaknął. Może nie dał tego po sobie poznać, ale po raz pierwszy był tak blisko z jakąś  dziewczyną. Nieco onieśmielony przewrócił się na drugi bok i z zachwytem obserwował urodę blondynki.

~~~*~~~

     Bonnie! Pomóż mi. - Przed oczami przyjaciółki stała Elena, związana linami, drżąca ze strachu.
          - Gdzie jesteś? Jak mam cię uwolnić?
          - Twoja babcia. Ona powie ci co masz robić...

     Przestraszona dziewczyna otworzyła oczy. Znajdowała się w swojej sypialni. Wszystko było na swoim miejscu. Nieświadoma niczego co dzieje się z Eleną, wyszła z pokoju by przyszykować się do szkoły.


          - Babciu. Mogę cię o coś spytać? - Sheila robiła dla wnuczki śniadanie. Jej gęste kręcone włosy sięgały ramion. Karnację Bonnie z pewnością odziedziczyła po niej. Ciemna skóra, jej nieco już pomarszczona.
           - O co chodzi? - Babcia siadła z wnuczką przy stoliku w jadalni.
          - Miałam sen... Tyle, że bardzo realistyczny. Była w nim Elena. Przerażona siedziała w jakimś pomieszczeniu. Mówiła, że tylko ty możesz pomóc mi ją wydostać.
         - Czarownice mają niezwykłą siłę. Przez sen zazwyczaj są o czymś informowane. O czymś co ma związek z koniecznością użycia czarów. Jesteś już na tyle dorosła, że możesz w końcu dowiedzieć się o swoim pochodzeniu. - Babka wstała od stołu i przeszła do salonu. Wróciła z grubą, zakurzoną książką. Miała chyba ze sto lat.
          - Tylko nie to. Znowu  te twoje pogadanki o czarach? - Dziewczyna nie pierwszy raz rozmawiała na ten temat z babcią. Traktowała to raczej jako głupie żarty, ale po tej nocy i powadze babci postanowiła wysłuchać jej do końca.
          - Popatrz tylko... - Staruszka zamknęła oczy. Świeca stojąca na stole w jednej chwili, bez użycia ognia zaświeciła się i oświetliła całe pomieszczenie. Bonnie ze zdziwienia nie umiała wydusić z siebie żadnego słowa. Babka otwarła oczy.
          - Chwyć mnie za rękę. - Sheila wzięła rękę swojej wnuczki i znów pogrążyła się w skupieniu. Bonnie czuła jak jej ciało przeszywa energia, moc. Przymknęła oczy. Czuła się jak w niebie. Wszystko dookoła ucichło. Była skupiona tylko na tej potężnej mocy, którą ma w sobie. Wspaniałe uczucie. Mogła poczuć się silna. Miała władzę nad wszystkim. Połączenie urwało się. Dziewczyna otworzyła oczy. Jej zwyczajny świat znów wrócił.
          - Babciu! Pozwól mi jeszcze raz to poczuć. To... niesamowite.
          - Nie muszę ci pomagać. Gdy uwierzysz, sama będziesz mogła to zrobić. Jesteśmy czarownicami Bonnie. To twoje przeznaczenie.

~~~*~~~

          - Bonnie. Widziałaś dziś Elenę? - Na szkolnym korytarzu czarownicę zaczepił Stefan.
          - Jak to? Nie ma jej w szkole?
          - Po wczorajszej imprezie trochę się... pokłóciliśmy. Miałem nadzieję, że z nią porozmawiam dziś w szkole.
          - Nie mam teraz zajęć, pojadę do jej domu sprawdzę co się stało.
          - Pozwolisz, że pojadę z tobą? - Wyraz twarzy Stefana, na prawdę wskazywał na to, że martwi się o swoją przyjaciółkę. Właściwie czy przyjaźń to właściwe słowo?
          - Nie ma sprawy. W takim razie chodźmy po samochód.


             - Oby tylko była w środku. - Bonnie mając nadzieję, że jej nocny koszmar, był tylko złym snem zapukała do drzwi.
          - Caroline?! Przyszłaś do Eleny? Powinnyście już dawno być na zajęciach.
          - Nie udawaj Bon, dobrze wiem że na pewno spędziła noc u ciebie. - Za plecami Care pojawił się Jeremy.
         - Moja siostra nie spała dziś w domu. Byłem pewien, że nocuje u ciebie, tak też powiedziałem ciotce.
          - Gdzie ona do diabła się podziewa? - Blondynce było nieco głupio, że od razu naskoczyła na Bonnie. Co jeśli Elenie grozi niebezpieczeństwo?
          - Bonnie? Wszystko gra? - Stefan potrząsnął delikatnie dziewczyną. Wyglądała jakby była w jakimś transie.
          - Stefan, muszę ci coś powiedzieć. Miałam dziś w nocy sen. Elena prosiła mnie i moją babcię o pomoc. Słyszałam tylko jak mówi jakieś imię. Damon. - Młodszy brat już wcześniej miał złe przeczucia. To jego sprawka... Wszystko co złe jest zawsze przez niego.
          - Musimy czym prędzej znaleźć twoją babcię Bonnie.
          - Jest w domu. Myślę, że znajdzie dla nas chwilę. Caroline damy wam znać gdy się czegoś dowiemy,nie martwcie się na zapas. - Bonnie i Stefan wsiedli do samochodu.


          - Jesteś czarownicą prawda? - Stefan nie dość dyskretnie zadał pytanie Bonnie.
          - Co ty wygadujesz... Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? - Z rozbawieniem Bonnie nie dała po sobie nic poznać.
         - Słyszę twoje serce, gdy kłamiesz przyśpiesza. Możesz mi ufać. Nikomu nie zdradzę twojej tajemnicy, liczę  na to, że ty mojej również. - W tym momencie chłopak wysunął swoje przerażające kły. Jego oczy zmieniły wyraz. Czarownica wydała z siebie cichy krzyk.
          - Kim ty jesteś?! Wyglądasz jak...
         - Wampir?  Nie bój się. Nie tylko ty zwariowałaś. Teraz najważniejsze jest to by znaleźć twoją przyjaciółkę. - Co za dzień. Najpierw czarownica teraz wampir. Stefan zatrzymał pojazd, a Bonnie szybko popędziła do drzwi domu.
          - Ty już po lekcjach? - Sheila niczego nie świadoma uśmiechnęła się i gestem kazała wnuczce wejść do środka. Za nią pojawił się Stefan.
          - Witaj Sheilo. Trochę czasu upłynęło od naszego ostatniego spotkania.
          - Stefan?! Ostatnim razem cię widziałam gdy bawiłam się jeszcze w piaskownicy. Co cię sprowadza? - Staruszka wytrzeszczyła oczy. Bonnie wcale nie była mniej zdziwiona...
          - Potrzebujemy twojej pomocy. Elena zniknęła. Ten sen... to ostrzeżenie. Powiedz, że wiesz jak nam pomóc. - Wtrąciła Bonnie.
          - Sama nie poradzę już sobie z czarem lokalizującym, czas byś mi pomogła. - Sheila z przekonaniem zerknęła na Bonnie. Dziewczyna weszła do środka i utuliła babcię.
          - Dlaczego nie wchodzisz?
          - Wampiry potrzebują zgody właściciela, by móc wejść do domu. Proszę Stefanie. Od tej pory nasz dom jest dla ciebie otwarty. - Sheila gestem nakazała, by Steff wszedł do środka.



          - Ponieważ jesteś głęboko związana z Eleną możesz nawiązać z nią połączenie. Chwyć mnie za rękę. - Babcia wypowiadając jakieś niezrozumiałe słowa, coś w stylu zaklęć ukazała Bonnie obraz.
          - Widzę ruiny domu. Został  spalony kilkanaście lat temu. W pobliżu cmentarza... Obraz jest nie wyraźny nie znam tego miejsca.
         - Wiem gdzie Damon ją zabrał. W przeszłości był to nasz rodzinny dom. - Stefan odetchnął z ulgą.
         - W takim razie jedźmy tam. - Bonnie z determinacją już zmierzała do wyjścia.
          - Pójdę tam sam. Nadszedł czas, by znów stanąć twarzą w twarz z bratem...

~~~*~~~

          - Zabijałeś ludzi. Dlaczego? - Elena wciąż miała skrytą nadzieję, że ktoś jej pomoże.
         - Jestem wampirem Eleno. Wampirem. Sądzisz, że będę głodował,albo żywił się zdechłymi wiewiórkami jak mój brat? To żałosne.
          - Więc to prawda? Stefan nie krzywdzi ludzi? - Pojawiła się we mnie nadzieja. Nadzieja w to, że Stefan nie jest taki jakim sobie go wyobrażałam jako wampira.
          - Teraz jest do niczego. Za to ja... czuję jak przepełnia mnie siła. Mogę z łatwością wejść do twojej głowy, sprawię że zrobisz wszystko co będę chciał. - Wsłuchiwałam się w każde słowo. Jego głos był taki... hipnotyzujący? Sama nie wiem, nie mogłam oderwać od niego oczu. Te jego spojrzenie. Gdy patrzyłam na niego serce od razu przyspieszało. A może to ze strachu? Jakby nie było byłam uwięziona z nie wiadomo ilu letnim wampirem, w jakiejś ruderze, Rose zniknęła gdzieś bez słowa.
          - Gdzie twoja przyjaciółka?
          - Przyjaciółka? Nie żartuj sobie zemnie. Miałem jej  pomóc cię dorwać. To miała być taka moja mała... zemsta.
          - Na Katherine? - To imię budziło we mnie strach.Wciąż nie rozumiałam dlaczego zostałam z nią pomylona.
          - Nigdy nie wypowiadaj przy mnie tego imienia!  - Rozwścieczony wampir uderzył pięścią w stół, a jego nadprzyrodzona siła sprawiła, że szkło roztrzaskało się na podłodze.
          - Dlaczego tak nie nienawidzisz tej dziewczyny? - Nie mogłam wpaść na żaden pomysł, dla którego Damon chciałby dorwać dawną miłość brata.
          - Dlatego, że tak bardzo ją kochałem...

poniedziałek, 4 maja 2015

LBA

    Chciałabym bardzo podziękować za nominację: http://love-is-a-weakness.blogspot.com/



Pytania:


1. Jak trafiłeś/aś na swój ulubiony serial ? Za co go lubisz?

     Oglądam dużo seriali, ale jako że mój blog jest oparty na Pamiętnikach Wampirów będę się na nim opierać...
Moja starsza siostra zawsze oglądała Pamiętniki, miała "bzika" na punkcie tego serialu. Kiedyś oglądnęłam z nią parę odcinków no i tak się zaczęło...
Lubię serial za wspaniałą grę aktorów, coraz to nowe wątki,kocham fantasty, a w serialu z pewnością tego nie brakuje.


2.Ulubiony ship z filmu/serialu?

     Od początku serialu uwielbiałam Stelenę. Lubię takie romantyczne wątki <3. Z czasem jednak przekonałam się do Deleny... Szkoda tylko, że tak późno bo dopiero w szóstym sezonie... Kocham też Klaroline, świetnie byłoby znów  zobaczyć tę parę razem na ekranie.


3.Masz jakieś marzenia, które są możliwe do spełnienia?

     Chciałabym pójść na studia dziennikarskie, w wolnym czasie napisać książkę.


4.Z którym bohaterem filmowym/serialowym chciałabyś spędzić dzień?

     Bardzo trudne pytanie... Byłby to chyba Damon <3



5.Twoje ulubione książki to...?

     Dary Anioła lub Wybrani świetne. Czytam bardzo dużo książek, nie mam jednej ulubionej.


6. Wyobrażasz sobie czasami, że żyjesz w swoim ulubionym serialu/filmie ? Co wtedy widzisz?

     Raczej nie mam takich fantazji :D


7. Masz jakieś hobby?

     Jednym z moich hobby jest oczywiście pisanie. Oprócz tego dużo tańczę, bardzo lubię robić zdjęcia.


8. Twoja ulubiona piosenka to...?

     Słucham wszystkiego co wpadnie w ucho. Lubię piosenki z przekazem.




***

Jako, że nie czytam wielu blogów nie nominuję nikogo. Jeśli macie do mnie jakieś pytania, piszcie w komentarzach. Nowy rozdział na blogu powinien pojawić się w weekend. Buziaki :*

sobota, 2 maja 2015

Rozdział 5

Nieśmiertelni


    Otworzyłam oczy. Rozejrzałam się naokoło mnie. Znajdowałam się w pensjonacie Salvatorów. Musiałam stracić przytomność, ostatnie co pamiętam to jak Stefan na rękach niósł mnie do samochodu. Gdy ujrzałam jego twarz, wyłaniającą się z głębi korytarza nie czułam się  już tak bezpiecznie. Pamiętam urywki wieczoru, niezapomnianego już dla mnie. Jego twarz... Oczy, do tamtej chwili piękne, błyszczące, wręcz hipnotyzujące... Stały się  jednym momencie ciemne, przerażające. Miał spojrzenie mordercy.
          - Cieszę się, że nic ci nie jest. - Z troską podszedł do mnie, wyciągając dłoń.
          -Nie zbliżaj się! Widziałam w lesie... Sama nie wiem. Wszystko pamiętam. To co mówiłeś, jak się zachowywałeś.
          - Czuję jak się boisz...
          - Kim ty jesteś?! A raczej czym?
         - Nie jestem taki, jakim sobie mnie wyobrażasz Eleno. Mój brat jest inny. Nie przypuszczałem, że przyjdzie za mną do tego miasta.
         - To nie odpowiedź.
Stefan zbliżył się do mnie. Usiadł na przeciwko. Na mojej skórze pojawiła się "gęsia skórka". Nie mogłam znów spojrzeć na niego tak jak dotychczas.
          - Świat, który do tej pory znałaś nie jest taki jak myślisz. Mam 17 lat od stu pięćdziesięciu lat Eleno. Jestem wampirem. Podobnie jak mój brat.
          - Te wszystkie ataki zwierząt... To byłeś ty! Wiedziałam, że coś jest z tobą nie  porządku.
          - Nie żywię się krwią ludzi. Za to Damon... Mój brat. Jest zupełnie inny. Żywi się nią aż ponad to. Odkąd tylko zaczęły się pojawiać dziwne ataki na mieszkańców, domyśliłem się. Eleno spójrz mi  oczy.
Widzisz? Jestem tym samym Stefanem, którego poznałaś nad grobem twoich rodziców. Nie prosiłem się, aby być taki.
          - Błagam odejdź! - Do oczu już napływały mi łzy. Czułam się jakbym była uwięziona. "Wampir"... To słowo przypomina mi jedynie nędzną literaturę. Marzyłam by to wszystko okazało się snem. To co się działo było po prostu nie możliwe. Najpierw Bonnie twierdząca, że jest czarownicą, teraz Stefan wampirem.
          -  Słyszę jak twoje serce przyśpiesza. Czuję jak drżysz. W myślach kłębi ci się tysiące pytań, które chcesz mi zadać.
          - Stefan błagam. Chcę stąd wyjść. Nie mogę patrzeć na twoją twarz, która jeszcze przed chwilą była... inna. To wszystko wygląda jak jakiś koszmar. Stefan zawsze uroczy i zabawny teraz wydawał mi się zupełnie innym "człowiekiem".
Na stoliku przede mną leżał ostry sztylet, służący do otwierania listów. To była moja jedyna szansa. Za wszelką cenę musiałam wydostać się z tego potwornego domu.
          - Nie mogę cię teraz stąd wypuścić. Przerasta cię to wszystko, Damon jest gdzieś tutaj. Nie mam  pojęcia gdzie, ale jestem pewien że nie spotkałaś go po raz ostatni.
          - Drugi raz nie powtórzę. Nie zostanę tutaj z tobą! - Szybkim ruchem wzięłam nóż ze stołu i ruszyłam w stronę wyjścia. Przez sukienkę, w którą byłam odziana na imprezie potknęłam się przez próg drzwi i upadłam na podłogę, mocno uderzając łydką o framugę drzwi. Stefan jednym ruchem, nie mam pojęcia jak to zrobił znalazł się przy mnie. Resztką sił wbiłam sztylet jak tylko najgłębiej umiałam w jego pierś. Biała koszula w  tym miejscu przebarwiła się na bordowy odcień. Wierząc, że uda mi się uciec zerwałam się na równe nogi i czym prędzej wybiegłam z pensjonatu, mając nadzieję już nigdy tam nie wrócić.

~~~*~~~

     Na imprezie Tayler wraz z Caroline bawili do samego rana. Namiętne pocałunki, seksowne tańce. To coś co Lockwood lubił najbardziej.
          - Boli mnie już głowa od tej muzyki... - Caroline zmęczona już całonocną zabawą chciała wracać do domu.
          - W takim razie chodźmy do mnie. Mam wolną chatę, mogę cię przenocować.
Care oczywiście bardzo spodobał się taki obrót spraw. Kochała się w Taylerze od szóstej klasy podstawówki. Była bardzo podekscytowana imprezą spędzoną z Taylerem. Tym bardziej, że mimo iż miała takie powodzenie u chłopaków, wciąż była dziewicą. Spędzenie nocy z Lockwoodem wydawało się dla niej spełnieniem wszelkich marzeń.
          - W takim razie na co jeszcze czekamy? - Blondynka chwyciła Taya za rękę i udali się razem w stronę jego domu. Z powodu wcześniej wypitego alkoholu musieli isc na piechotę.

~~~*~~~

     Posiadłość Lockwoodów była jedną z najbogatszych posiadłości w mieście. Marmurowe ściany, pięknie wypielęgnowany ogród. W takiej  willi  mogłaby zamieszkać nawet królowa. Gdy Care ze swoim nowym można by powiedzieć chłopakiem dotarła na miejsce doszło ich od tyłu wołanie dziewczyny.
          - Tayler! Gdzie byłeś? Czekam już na ciebie od dwudziestej. - Vicki czekała na chłopaka przed wejściem do domu. W oczach Taylera można było dostrzec zakłopotanie. Miał przed sobą dwie dziewczyny. Obie szalejące na jego punkcie...
          - Vicki, co ty tu robisz? - Chłopak przez alkohol i imprezę zupełnie zapomniał o umowie z Vicki. Caroline nie wiedziała co myśleć. Czuła się zażenowana całą sytuacją. Liczyła, że Tay jakoś się upora z tym wszystkim.
          - No proszę, ja tu czekam na ciebie całą noc, a ty przyprowadzasz sobie do domu jakąś kretynkę. - Siostra Matta szybkim ruchem obejrzała  Care od góry do dołu, po czym znów zwróciła się do Taylera:
          - Gdybym nie była ci nic winna już dawno by mnie tu nie było. Jesteś żałosny.
Caroline była już u kresu wytrzymałości, ale jako że była osobą na pozór bardzo opanowaną nie chciała zaczynać kłótni.
          - Care. Świetnie się z tobą dzisiaj bawiłem, ale przez to wszystko zapomniałem o moim spotkaniu z  Donovan. Myślę, że musisz już iść do domu.
Vicki rzuciła w jej stronę głupi uśmieszek, a przed nosem Care zatrzasnęły się drzwi. Rozczarowana dziewczyna cicho szlochając ruszyła w stronę domu, chcąc jak najszybciej położyć się w swoim łóżku i zadzwonić do Bonnie.

 ~~~*~~~

     Znalazłam się w ciemnym lesie. Pensjonat pozostawiłam już daleko w tyle, ale ja wciąż bałam się zatrzymać. Nogę przeszywał mi ogromny ból a płuca kończyły pracować. W dzieciństwie cierpiałam na astmę i nie mogłam się męczyć. Wiatr smagał mi twarz, a rozczochrane włosy, wciąż opadały mi na twarz. Czułam, że nie daję już rady. Nogi odmawiały posłuszeństwa, sama słyszałam swoje szybko bijące serce. Siadłam na skraju drzewa i chciałam choć chwilę odpocząć. Noc nagle z  najlepszej, stała się jedną z najgorszych. Tak bardzo chciałabym znaleźć się teraz przy Jerremym i cioci... Oglądając się naokoło wiedziałam już gdzie jestem. Słysząc szum rzeki domyśliłam się, że niedaleko jest Wickery Bridge, a z tam tond świetnie już znałam drogę do domu. Byłam bardzo spragniona. Moja sukienka nadawała się do wyrzucenia. Podniosłam się z ziemi i ruszyłam w kierunku skąd dobiegał szum wody. Jedynym pocieszeniem dla mnie było to, że wiem jak dotrzeć do domu.
     Wyszłam już z lasu. Co jakiś czas do moich uszu docierały odgłosy silnika samochodu. Słońce zaczynało już wschodzić. Jena na pewno martwiła się o mnie. Szłam w bardzo wolnym tempie, odpoczywając po długim biegu. Z za zakrętu wyjechał luksusowy, granatowy samochód. Zatrzymał się tuż przede mną.
          - Marnie wyglądasz dziewczyno... Mieszkasz gdzieś w pobliżu? - Doszedł mnie głos. Należał do mężczyzny. Było jeszcze zbyt ciemno, bym mogła dojrzeć twarz kierowcy.
          - Tak. Zaraz dotrę do domu. - Grzecznie odpowiedziałam. Przypuszczałam, że auto należało do jakiegoś z mieszkańców  Mistic Falls. W mieście wszyscy są zawsze bardzo uprzejmi w stosunku do siebie.
          - Z chęcią cię podwiozę. Naprawdę marnie wyglądasz... - Kierowca wciąż nalegał. Gdyby nie to, ze byłabym tak zmęczona z pewnością bym odmówiła, ale teraz? Mężczyzna był bardzo miły, a po tych wszystkich wydarzeniach z "wampirami" w co nadal nie chciałam wierzyć, nic gorszego nie mogło mnie spotkać. Wsiadłam do samochodu.
     Próbowałam przyjrzeć się kierowcy. Dostrzegłam kruczo - czarne włosy, delikatne rysy twarzy.
          - Mieszka pan w mieście?
          - Jaki "pan"? Przecież doskonale mnie znasz. - Uśmiechną się szeroko tak, że zdołałam zobaczyć ponownie te okropne, ostre kły.
          - Damon! - Z przerażeniem próbowałam otworzyć drzwi samochodu, ale on zdążył już je zablokować. - Wypuść mnie! Błagam!
Brat Stefana zatrzymał pojazd. Poczułam jak mocno uderzył moją głową o okno samochodu. Przed oczami pojawiła się już tylko ciemność....

~~~*~~~
     Otwierając pomału oczy, dostrzegłam twarz Damona. Teraz w pomieszczeniu było jasno i mogłam dokładnie się mu przyjrzeć. W niczym nie był podobny do swojego brata. Jego oczy były niesamowicie błękitne, ale tak samo piękne jak drugiego Salvatore. Włosy czarne niczym heban. Rysy delikatne, podbródek lekko szpiczasty. Niesamowicie hipnotyzująca uroda. Wampiry mają chyba  same w sobie taki urok, bo jeszcze nigdy nie spotkałam tak przystojnych mężczyzn jak bracia Salvatore.
Damon siedział w fotelu, a ja na zimnej podłodze. Nie miałam bladego pojęcia gdzie jestem. Na ścianach widniały dziwne obrazki, ze starych epok. Pomieszczenie było zaniedbane i brudne.
          - Czego ode mnie chcesz?! Pomocy! Niech mi ktoś pomoże. - Miałam nadzieję, że ktoś będzie w stanie mi pomóc. Życie nie mogło być przecież dla mnie aż tak okrutne...
          - Nie wrzeszcz tak. Nikt cię nie usłyszy. Jesteśmy na zupełnym odludziu. Sporo lat minęło nie sądzisz? Rose! Już jest. - Więc nie byliśmy sami... Był ktoś jeszcze. Oby ta kobieta, nie była tak okrutna... W wejściu do pokoju stanęła wysoka, szczupła brunetka. Niesamowicie szybkim ruchem "podeszła" do mnie i chwyciła za podbródek.
          - Mnie też nie pamiętasz? Zniszczyłaś mi życie przemieniając się w wampira. Ja i Trevor musieliśmy uciekać przez ciebie pięćset lat. Nie martw się dzięki tobie odzyskamy wolność. Katherine...





wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział 4

   Pierwszy wspólny wieczór


Do drzwi rozległo się pukanie. Byłam gotowa na wspaniały wieczór ze Stefanem. Miałam na sobie czarną, obcisłą sukienkę. Włosy zaczesałam w  kok, ale w ostatniej chwili rozpuściłam je tak, że delikatnie opadały na ramiona. Użyłam moich ulubionych perfum o zapachu werbeny, które dostałam od mamy. Uwielbiałam ten zapach! Wzięłam swoją torebkę i jeszcze raz przejrzałam się w lustrze. Zobaczyłam w nim wreszcie szczęśliwą dziewczynę. W niczym nie przypominała tej, którą Stefan Salvatore poznał na pogrzebie.
          -Stefan. Miło Cię widzieć. - Uśmiech miałam na twarzy od ucha do ucha. W końcu w moim życiu zagościła radość.
          - Pięknie wyglądasz. Co to za zapach?
          - Moje perfumy. Nie podobają Ci się?
          - Skąd. Są piękne.
          - Zapomniałam jeszcze kluczy. Są w kuchni. - Ruszyłam w kierunku jadalni, ale zachowanie Stefana nieco mnie zaskoczyło.
          -Dlaczego nie wchodzisz?
          -Poczekam na zewnątrz.
Wzięłam szybko klucze z blatu po czym zatrzasnęłam za sobą drzwi i wsiadłam do czarnego volvo mojego nowego znajomego.

~~~*~~~

     Muzyka była bardzo głośna. Zabawa odbywała się w środku lasu, blisko ruin starego kościoła. Szybko zauważyliśmy Caroline. Bawiła  się razem z Taylerem. Widać było, że nieźle do niego zarywa. On był typem rozwydrzonego dzieciaka. Myśli, że może mieć każdą. Ukradkiem pomachałam na przywitanie do Care, po czym siadłam ze Stefanem na małym pagórku. Było tam cicho, w przeciwieństwie do centrum imprezy. Musiałam przyznać przed samą sobą, że w takiej chwili czułam się nieco skrępowana. Tą bliskością między nami. Usiadłam blisko niego, a on objął mnie ramieniem. Miałam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Moje ciało przeszył dreszcz. Sama nie wiem czemu. Zawsze byłam bardzo śmiała i nie działały na mnie takie chwyty. Stefan był inny. Rozmawiałam z nim zaledwie kilka razy, ale czułam w głębi serca, że nasza znajomość nie skończy się tylko na jednym wieczorze.
          - Zimno Ci? - Steff z troską ściągał już swoją kurtkę.
          - Nie trzeba. Co prawda wieczór jest dziś dosyć chłodny. W samochodzie zostawiłam swoje bolerko.
          - Może pójdę...
          - Nie trzeba. Nie chcę zostać sama. Wiesz chciałabym z Tobą porozmawiać. Mało o sobie wiemy.
          - Miałem trudne życie. Rzadko kiedy mówię komuś coś o sobie. Moi rodzice zginęli gdy miałem dziesięć lat. Od tego czasu mieszkałem z babcią w Nowym Jorku. Jakieś pół roku przed wypadkiem twoich rodziców przenieśliśmy się niedaleko od Mistic Falls.
          - Masz rodzeństwo? - Chłopak coraz bardziej mnie ciekawił sobą. Chciałam wiedzieć o nim wszystko.
          - Nie rozmawiam z bratem od bardzo dawna. Nie mieszkamy razem. To dłuższa historia i nie za ciekawa.
Nie chcąc nalegać zmieniłam temat.
          - A dziewczyny? Jesteś raczej typem kobieciarza czy może...
          - Szczerze mówiąc, byłem tylko raz zakochany. Nie wyobrażałem sobie życia bez... Katherine. Tak miała na imię. Była niezwykła. Wiesz... Trochę mi ją przypominasz.
          -Dlaczego "była"? Co się z nią stało?
          - Umarła. - Jego oczy nabrały dziwny wyraz. Stwierdziłam, że za bardzo naciskam. wszystkiego chciałam się dowiedzieć w pięć minut.
          - Przepraszam. Nie miałam pojęcia...
          -Wszystko w porządku. Może teraz ty coś o sobie opowiesz?
          -Moje życie nie jest tak ciekawe. W Mistic Falls nigdy nie dzieje się nic ciekawego. Przed wypadkiem byłam inna. Dusza towarzystwa. Uwielbiałam tańczyć. Bardzo angażowałam się w życie miasta. Moja mama zawsze na to nalegała. Po jej śmierci wszystko się zmieniło. Nie chciałam z nikim rozmawiać, a moje  życie wiecznie było pełne problemów. Opiekuje się nami moja ciocia. Mój brat cierpi jeszcze bardziej niż ja. Od ich śmierci ciągle ćpa i sprawia same problemy.
          -No nieźle. Widzę, że w twoim życiu też kolorowo nie ma.
          - Gdy jestem z tobą wszystko się zmienia. Zapominam choć na chwilę o tych wszystkich problemach. Mam nadzieję, że będziemy spędzać ze sobą więcej czasu. - Serce łomotało mi w piersi jak oszalałe. Patrzyłam tylko jak wyraz jego twarzy się zmienia. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Na twarzy pojawił się uśmiech i chyba skrępowanie.
          - Ja również bardzo Cię polubiłem. Uwielbiam spędzać z tobą czas. Choć rozmawialiśmy zaledwie tylko parę razy.
Stefan zbliżył się jeszcze bardziej do mnie. Położyliśmy się na trawie i obserwowaliśmy czarne niebo, na którym błyszczały tysiące gwiazd. W takich chwilach najbardziej myślałam o tym co mnie spotkało. Gwiazdy i noc zawsze kojarzą mi się z wypadkiem. W oddali słychać było głośną muzykę. Przez to wszystko zupełnie zapomniałam o imprezie. W myślach modliłam się tylko, aby nikt nam teraz nie przeszkodził. Był to chyba jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Czułam się przy nim taka bezpieczna. Położyłam się Stefanowi na piersi. Bardzo mnie zdziwiło to, że w ogóle nie słyszałam bicia jego serca. Stefan natychmiast przewrócił się na bok. Pomyślałam, że na pewno mi się przewidziało. Przez tą całą adrenalinę. Jego twarz dzielił od mojej chyba tylko centymetr. Patrzyłam w jego piękne zielone oczy. Zbliżyłam swoje usta do jego. Już prawie mieliśmy się pocałować, gdy nagle odsunął się gwałtownie. Jego reakcja bardzo mnie zdziwiła. Odwrócił swoją twarz od mojej. Czułam się nieco niekomfortowo. Pomyślałam, że może to stało się za szybko. Może on tylko chciał się kolegować.
          - Wszystko w porządku?
          - Tak. Nic mi nie jest. Przepraszam, że zepsułem taki miły nastrój...
          - Nic nie zepsułeś, ale może odwróciłbyś się do mnie?
       
Stefan nie odezwał się. Chciałam znów zobaczyć jego twarz, ale on ewidentnie próbował uniknąć mojego spojrzenia.
          -Robi się coraz chłodniej. Wrócę do samochodu po mój sweterek.
          - Pójść z Tobą?
          - Przejdę się sama. Samochód stoi niedaleko. - Nie mogłam zaprzeczyć, że zdenerwowała mnie odrobinę reakcja Stefana. Nie spodziewałam się. Zimny wiatr smagał mi twarz a ja ruszyłam w kierunku parkingu przed lasem. Po drodze Caroline zatrzymała mnie i spytała jak spędzam czas ze Stefanem.
          - Jutro Ci opowiem. Dziś już nie mam nastroju.
          - Wracasz do domu?
          - Jeszcze nie. Muszę wrócić do samochodu po sweter.
          - Tay jest nieziemski! A jak całuje... Ciekawe czy coś z tego będzie.
          - Porozmawiamy później. Muszę się spieszyć. Stefan na mnie czeka.
          - No to do zobaczenia. Mam ci tyle do powiedzenia!

~~~*~~~

     Zatrzasnęłam drzwi auta. Założyłam szybko moje bolerko idealnie pasujące do sukienki. Z lasu dobiegały głosy sów i cichy odgłos muzyki. Ta ciemność która panowała wokół mnie nieco mnie przerażała. Byłam tam zupełnie sama. Szłam w kierunku, z którego przed chwilą przyszłam. Tuz przed twarzą przeleciał ciemny ptak. - Kruk.
Przyspieszyłam nieco tempa, lekko już zdenerwowana. Idąc tak przed siebie przypomniały mi się te dziwne wypadki dochodzące ostatnio w naszym mieście. Te napady zwierząt, zniknięcia w dziwnych okolicznościach. Rozejrzałam się w koło. Wydawałoby się, że  powinnam być już przynajmniej koło imprezy. Zamiast słyszeć nagłaśniającą muzykę, ona w ogóle już ucichła. Chciałam zawrócić. Kruk, chyba ten sam co wcześniej siedział na jakimś nagrobku. Przestraszona a zarazem zaciekawiona bliżej przyjrzałam się pomnikowi. Widniało na nim nazwisko, bardzo mi już znajome:
Giuseppe Salvatore
zmarły 23 kwietnia 1864
Czy to coś znaczy? Czy to jakiś daleki przodek Stefana? A może to tylko zbieg okoliczności?
Rozejrzałam się, aby zapamiętać to miejsce i przyjść tutaj ze Stefanem. Marzyłam już o tym, żeby w końcu wrócić do moich znajomych. Ten kruk nie dawał mi spokoju. Postanowiłam, ze przyśpieszę tempa i jakoś go zgubię. Zaczęłam biec. Daleko jednak nie zaszłam. Na ziemi leżała jakaś postać. Już myślałam, że to kolejna ofiara napadu zwierzęcia. Podeszłam bliżej.
          - Halo?! Nic  Ci nie jest? - Nie chciałam podchodzić za blisko, ale gdy mężczyzna nie odpowiadał nie miałam innego wyjścia.
Nachyliłam się do niego i wyjęłam rękę, by sprawdzić puls. On nagle skoczył na mnie. Dojrzałam wielkie białe kły i straszny wyraz twarzy. Skóra jakby popękana. To wszystko co zdążyłam dojrzeć. Nie z powodu ciemności jaka tam panowała, ale jednocześnie z przerażenia. Poczułam mocne ukłucie na szyi. Zaczęłam krzyczeć. Jak tylko najgłośniej umiałam. Znikąd pojawiła się druga postać. Poruszała się niemożliwie szybko. To "coś" odepchnęło tę dziwną istotę ode mnie. Szyja bardzo mnie piekła. Sączyła się z niej spora ilość krwi.
          - Elena! Nic Ci się nie stało?
          - Stefan?! Ale jak... - Byłam tak zaskoczona, że nawet nie wiedziałam co powiedzieć.
          - Nie ma czasu na tłumaczenia. Jesteś już bezpieczna.
          - Stefanie, kto to był? Znasz tą potworną bestię?
          - Niestety tak. Właśnie poznałaś mojego brata.




sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział 3

Nowy

 

"Drogi Pamiętniku. Od wypadku rodziców minęły już ponad 4 miesiące. Ludzie mylą się twierdząc, że czas leczy rany... Ból  tylko łagodnieje. Codziennie chodzę na grób rodziców. Zanoszę im kwiaty, żonkile - mama je uwielbiała. Czasem nawet uda mi się wyciągnąć Jerremiego. Od pogrzebu bardzo się zmienił. Ledwo zdał do następnej klasy. Wyrzucono go ze starej szkoły, za branie narkotyków. Teraz będzie chodził do mojego liceum. Ostania klasa... Wszystko będzie inaczej. Wiem, że rodzice pragnęliby abyśmy ułożyli sobie życie jak najlepiej. Koniec użalania się nad sobą. Nowy rok szkolny zapowiada też nowe twarze... Caroline twierdzi, że powinnam poszukać sobie kogoś. Od zerwania z Mattem, jakoś nie myślałam o chłopakach. Odpuściłam sobie wyjazd z Bonnie na Majorkę w wakacje... Z wiadomych względów. Miło byłoby poznać kogoś, z kim w końcu będę mogła rozmawiać o czymś innym niż tylko o tym jak się miewam. Mama kupiła mi ten pamiętnik jeszcze w podstawówce. Gdy robiliśmy porządki znalazłam go u siebie na dnie szafy. Myślę, ze to odpowiedni moment żeby jakoś z niego skorzystać. Muszę przyznać, że jestem nieco podenerwowana. Bonnie zaraz po mnie przyjedzie. Liczę na to, mam nadzieję, że nie będzie aż tak źle... "
Dzisiejszy dzień będzie inny. Będę mówić wszystkim, że mam się świetnie, że wszystko w porządku. Wzięłam szybki prysznic, zrobiłam lekki makijaż i zaczesałam długie,ciemne  włosy w kucyk. Bonnie zapukała do drzwi. Wzięłam torbę z książkami i zeszłam na dół.
- Bonnie. Cześć.
- No hej. Ślicznie dziś wyglądasz, gotowa na pierwszy dzień ostatniej klasy?
- No jasne. Ten rok będzie inny, mówię Ci. 
- Wiesz... miałam dziś wizje... Poznamy kogoś. Kogoś niezwykłego, innego niż wszyscy.
- Bonnie wiesz, że nie wierzę w te całe czary. - Odparłam nieco rozbawiona. 
- Dziewczyny pośpieszcie się, za dziesięć minut rozpoczynają się zajęcia. 
Szkoła nie była daleko, ale mimo to zawsze jeździłam do niej samochodem. Bonnie miała na sobie ładną, krótką sukienkę. Zawsze ubierała się bardzo kobieco. Ja za to byłam raczej kimś w typie chłopczycy. Najlepiej czułam się w bluzie i dresach. Dziś jednak również ubrałam krótką spódniczkę i top z dekoltem. Wszyscy twierdzili, że jestem bardzo atrakcyjna i mam świetną figurę. Przed wypadkiem nawet uczestniczyłam w grupie cheerleaderek. Uwielbiałam tańczyć! Dziś po szkole znów muszę się przejść na ich trening. 
- Wyjdź z wozu ja pójdę zaparkować. - Bonnie była podniecona pierwszym dniem i było to bardzo widać. 
Zamknęłam za sobą drzwi samochodu i ruszyłam w stronę wejścia do szkoły.
 Z za zakrętu nagle wyjechał mocno rozpędzony samochód. Wjeżdżał prosto na mnie. Kolana się pode mną ugięły stanęłam w miejscu jak wryta. W ostatnim momencie z piskiem opon auto zatrzymało się. Odetchnęłam z ulgą. Miałam ochotę zaraz nawrzeszczeć na tego barana co prowadził, że nawet nie patrzy jak jeździ, ale tego kim on był w życiu bym się nie spodziewała. 
- Tak mi przykro, śpieszyłem się na zajęcia. Nie chciałem Cię przestraszyć. - To był on. Chłopak z pogrzebu.
Ciągle wracałam do tego dziwnego spotkania z nim i myślałam o tym czym go odstraszyłam. Bardzo przykuł wtedy moją uwagę. 
- Elena? - Chłopak wyglądał na nieco skrępowanego całą sytuacją.
- Stefan. Miło Cię znowu widzieć. Jak się masz? - Próbowałam udać, że wcale nie zdziwiło mnie to spotkanie.
- Dziś rozpoczynam tutaj naukę. Przeprowadziłem się tutaj, moja babcia umarła parę dni po pogrzebie twoich rodziców. Mieszkam teraz z wujem w pensjonacie Salvatore. 
- Czy to znaczy...
- Tak. Jestem Stefan Salvatore. - Przedstawił się ponownie.
- Elena. Elena Gilbert.
- Chyba mamy ze sobą coś wspólnego. Jesteśmy spokrewnieni z założycielami Mistic Falls. 
- Jakoś nie interesuję się historią...Właśnie! Historia. Właśnie rozpoczynają się wykłady z Tannerem.
- Masz historię? Świetnie się składa. Ja również. - Uśmiechnął się serdecznie. Miał piękny uśmiech. Zęby śnieżnobiałe i idealnie proste. 
- W takim razie pokażę Ci, gdzie jest sala. Jesteś nowy. Musisz się przyzwyczaić. 
Ruszyliśmy w kierunku wejścia. Stefan zaparkował swój samochód. Czarne volvo. Sądząc po nim widać było, że pieniędzy mu nie brakuje. Gdy tylko weszliśmy na korytarz dosięgnęły nas setki spojrzeń. Nie dość, że Stefan był tak przystojny, dodatkowo idzie ze mną... W rogu stał Matt i bacznie nas obserwował. Znikąd pojawiła się Caroline. Przywitała mnie serdecznie po czym obejrzała nowego ucznia od góry do dołu. Care była okropną flirciarą. Mogła mieć każdego chłopaka w mieście. 
- Dziś jest impreza z okazji rozpoczęcia roku. Wpadniesz? - Caroline zwróciła się do Stefana.
- Nie za bardzo znam ludzi stąd... Eleno może zechciałabyś mi towarzyszyć? 
- Właściwie to nie mam żadnych planów na wieczór. Chętnie wpadnę. - Po minie przyjaciółki widać było, że nie jest zadowolona... 
- Ty na pewno jesteś Stefan? Dużo osób już o tobie wspominało...
- Tak to ja. 
- Jestem Caroline. Przyjaciółka Eleny. Muszę teraz już uciekać na matmę. Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję porozmawiać. - Blondynka obejrzała się jeszcze raz za siebie, aby "obadać" nowego od tyłu. 
My za to ruszyliśmy w kierunku naszej sali. W środku wszyscy już zajęli miejsca. Zostały tylko dwa. Akurat obok siebie. Zajęliśmy krzesła, widziałam jeszcze tylko jak Bonnie nas obserwuje. Uśmiechnęłyśmy się do siebie po czym zajęłam się lekcją.

~~~*~~~

- Jerremy, może opowiesz coś o sobie? - Nauczyciel angielskiego zwrócił się do nowego ucznia. 
- Nie wydaje mi się. - Jerr jak zwykle arogancki nie zamierzał z nikim rozmawiać.
- No cóż... Może później przejdziemy do tej części. 
Klasa wyglądała jak każda inna w szkole. Białe ściany, tablica, ławki. Jak to w każdej sali. Jerremy rozejrzał się po klasie. Jego uwagę przykuła śliczna ciemnowłosa dziewczyna. Ona również ukradkiem na niego spoglądała. Chłopak uśmiechnął się do niej miło. Zawstydzona odwróciła wzrok. Wykładowca przeszedł do sprawdzania obecności. Dla brata Eleny była to okazja by dowiedzieć się jak nazywa się ta piękna brunetka. 
- Vicki Donovan?
- Obecna profesorze. Czy mogłabym wyjść na chwilę do toalety?
- Możesz wyjść, ale wracaj za chwilę.
Dziewczyna wstała i ruszyła w kierunku drzwi na korytarz. Jerremy z podziwem spoglądał jak się poruszała. Miała piękne długie nogi i idealną figurę. Więc nazywa się Vicki... Z tego co wiem były Eleny ma takie samo nazwisko. Muszą być jakoś spokrewnieni. Jerr ciągle rozmyślał o nowo poznanej uczennicy. Nie wróciła już z powrotem na lekcje. Gdy zadzwonił dzwonek chłopak jak najszybciej wyszedł z sali i ruszył w kierunku toalety, mając nadzieję na kolejne spotkanie. 
Dziewczyna wyszła z ubikacji, po czym ruszyła w stronę wyjścia ze szkoły. Chłopak ruszył za nią.
Za boiskiem Vicki rozmawiała z uczniem ze starszej klasy. Chłopak chodził do klasy z Eleną. Miał na imię bodajże Tayler. Jego ojciec jest burmistrzem miasta. Chłopak mega nadziany, zawsze każda dziewczyna się w nim podkochiwała. 
- Oddam Ci kasę jak będę miała. - Vicki najwidoczniej była mu coś dłużna. 
- Myślę, że się dogadamy. Pieniądze mi nie potrzebne. Dzisiaj zostaję sam w domu przyjdź wieczorem a się zrewanżujesz.
Vicki uśmiechnęła się i namiętnie pocałowała chłopaka. Jerr nie mógł uwierzyć w to co widzi. Dziewczyna wyglądała raczej na skromną i poukładaną. No cóż pozory chyba jednak mylą. 
- Muszę wracać na zajęcia. Do wieczora. - Brunetka namiętnie spojrzała na Taylera po czym wróciła do szkoły. Jerremy ciągle ukrywający się za drzewem również chciał już wracać. Jednak Tay był szybszy. Zauważył skradającego się chłopaka. Przywarł go do muru  i uderzył pięścią.
- Nie ładnie tak podsłuchiwać.
- Nie ładnie wykorzystywać dziewczyny. - Jerr szyderczo się zaśmiał.
- Vicki jest mi coś winna. Piśnij komuś  słówko, a nie będziemy już sobie tak miło gawędzić. A twój uśmieszek zaraz zniknie.
Gdy Jerr odepchnął chłopaka z jego kieszeni wypadł mały woreczek z prochami. 
- Jesteś dilerem? No nieźle. - Chłopak parsknął śmiechem.
- Spróbuj tylko...
- Umowa jest taka. Ty sprzedajesz mi towar za pół ceny a ja trzymam buzię na kłódkę.
- Myślę, że się dogadamy.

~~~*~~~

Na przerwie obiadowej siedziałam sama przy stoliku. Caroline jak to zwykle na długich przerwach zajmowała się sprawami drużyny cheerleaderek której była kapitanem, a Bonnie nie jadała nigdy lunchu w szkole. Do mojego stolika ni stąd ni zowąd podszedł Stefan. Chciał porozmawiać. Usiadł naprzeciwko mnie. O dziwo nie nałożył sobie nawet nic do jedzenia. 
- Gdzie twój obiad?
- Dziś nie będę jadł. Chciałbym z tobą porozmawiać o naszym ostatnim spotkaniu na pogrzebie. 
To nieszczęsne wydarzenie niestety od razu dało o sobie znać. Łzy znów napłynęły mi do oczu. 
- Nie ma sprawy. Właściwie ciekawiło mnie bardzo dlaczego tak nagle zniknąłeś... - Udawałam, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia.
- Wiesz, to bardzo delikatna sprawa. Moi rodzice mieli wypadek. Byłem wtedy z nimi. Wszędzie było pełno krwi. Od tego czasu na sam jej widok jest mi słabo. 
- Tak mi przykro... Nie wiedziałam, że twoi rodzice...
- Zginęli bardzo dawno temu. Mam wrażenie jakby minęło od tego wypadku jakieś sto lat... 
- Kolejna rzecz, która nas łączy. - Próbując rozładować atmosferę uśmiechnęłam się. 
Stefan nie wyglądał na przygnębionego... Jego twarz zawsze miała taki sam wyraz. Był tak przystojny, że nie szło oderwać od niego wzroku. Te jego hipnotyzujące zielone oczy... Nawet Matt w najmniejszym stopniu mu nie dorównywał. Miał tak przyciągającą twarz... Kątem oka widziałam jak wszyscy ludzie w stołówce gapią się na nas. Było to nieco niezręczne.
- Chciałem się upewnić, czy nasze dzisiejsze plany na wieczór są nadal aktualne?
- Oczywiście. Mógłbyś po mnie przyjechać o dwudziestej? Mieszkam na...
- Wiem, gdzie mieszkasz. - Przerwał.
- Ale...? - Próbowałam nie dać po sobie poznać zaskoczenia. 
-To małe miasteczko. Wszyscy wiedzą. 
Przez rozmowę ze Stefanem nie zdążyłam dokończyć posiłku. Dzwonek już rozbrzmiał się po całej szkole a uczniowie rozeszli się do klas. 
- Jaką masz teraz lekcję?
- Francuski. Po niej idę już do domu. - Odpowiedziałam. Mimo, że już rozmawialiśmy ze sobą dość długo, ja wciąż czułam się nieco onieśmielona. 
- Ja odpuszczę sobie ostatnią lekcję. Wracam do pensjonatu. 
- W takim razie do wieczora. 
Jadalnia opustoszała, a ja ruszyłam podniecona wieczornym spotkaniem na kolejne wykłady.


piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 2

  Pogrzeb 


    Na sam widok domu opanowała mnie fala zdenerwowania. Pamiętam jak tata zawsze majsterkował w garażu a mama pielęgnowała rośliny w ogrodzie. Wszystko mi ich przypominało. Nawet najdrobniejszy szczegół. Latem zasiadaliśmy na werandzie i organizowaliśmy grilla. Zapraszaliśmy najbliższych znajomych, nawet tata czasem kogoś zaprosił. Był raczej typem samotnika. Podobnie jest z Jerremym. Bardzo mi go przypomina. Przypatrując się można by zauważyć, że są nawet bardzo podobni. Takie same kasztanowe włosy, brązowe oczy. Ja jakoś nigdy do nich nie pasowałam. Czułam się jakaś inna. Nie można było też nie zauważyć, że Jerr zawsze był ich ukochanym dzieckiem i traktowali go lepiej. Teraz oczywiście nie chowam do nikogo urazy. Wysiadłam z samochodu. Długo leżałam w łóżku, więc teraz wszystko mnie bolało. Doszedł mnie uradowany głos sąsiadki z naprzeciwka:
- Elena. Tak się cieszę, że już wróciłaś!
- Tak, ja też.    
- Bardzo mi przykro z powodu twoich rodziców. Dlaczego zawsze to spotyka tak wspaniałych ludzi? Miranda i Grayson tak wspaniale spisywali się w klinice. Miasto zawsze będzie o nich pamiętać.
- Nam też nie jest teraz łatwo. Będziemy musieli pomyśleć co będzie dalej z przychodnią.
- Moja siostra właśnie skończyła studia medyczne. Może będzie zainteresowana chociażby wynajmem. Porozmawiam z nią jutro.
- Nie myśleliśmy jeszcze o tym. Na razie nie mamy do tego głowy. - Odpowiedziałam nieco zmęczona rozmową.
Pani Sharrif zawsze była wielką plotkarą. Lubiła o wszystkim wiedzieć. Nieraz dokładała też swoje pięć groszy. Jednak miło z jej strony, że chciała pomóc.
- Rozumiem. No cóż, gdy podejmiecie decyzję dajcie znać. Zaplanowaliście już datę pogrzebu?
 - Spytała zaciekawiona.
Od momentu śmierci rodziców "pogrzeb", był chyba najgorszym słowem jakie znałam. Nie chciałam nawet zastanawiać się jak będzie wyglądał. Marzyłam aby jak najszybciej wejść do domu i przywitać się z Jerremym, więc powiedziałam sąsiadce, że musimy się już zbierać. Jenna wyciągnęła z bagażnika zakupy, które zrobiła rano. Znajoma pożegnała mnie i Jennę i przeszła na drugą stronę ulicy.
- O czym rozmawiałyście? - Spytała zaciekawiona ciocia.
- Wiesz jaka Ona jest. Zawsze jej wszędzie pełno. Pytała jak się czujemy i kiedy pogrzeb.
- Byłam dziś rano w kościele. Rozmawiałam z biskupem. Na sobotę rano jest wolny termin. Do tego czasu musimy załatwić wszelkie formalności.
- W sobotę? Przecież to za 4 dni.
Nie wiedziałam, czy jestem na to gotowa. Cały świat się  dla mnie zmienił. Dotychczas byłam tylko na jednym pogrzebie. Miałam wtedy bodajże dziesięć lat.
- Wiem. Dlatego musimy wziąć się w garść i wszystko załatwić. Nie będę wciągała w to Jerremiego, nie chcę jeszcze bardziej go załamywać. - Powiedziała z troską.
- Spokojnie. Poradzimy sobie same. Jutro napiszę do najbliższych konkretne informacje dotyczące pogrzebu.  - odparłam.
Jenna zamknęła samochód i wyjęła klucze z domu. Weszłyśmy na werandę. Zakupy położyłam przed drzwiami. Gdy drzwi się otwarły poczułam znajomy zapach drewna. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak sprzed dnia wypadku. Rozebrałam buty i weszłam do jadalni. Pierwsze co przykuło moją uwagę to wielki portret naszej rodziny wiszący nad drzwiami. Wszyscy byliśmy tacy szczęśliwi. Pamiętałam dokładnie dzień gdy robiliśmy to zdjęcie. Do oczu napłynęły mi łzy. Gdy ciocia zobaczyła moją reakcję podeszła do mnie i mocno się w nią wtuliłam. Łzy ciekły jedna po drugiej. W gardle czułam ogromną kulę przez co nie mogłam nic z siebie wydusić.
Usłyszałam jak ktoś schodzi po schodach.
- Jerremy? - Zawołałam cicho.
Oczy miał całe zaczerwienione od płaczu. Włosy rozczochrane na wszystkie strony. Serce krajało mi się jak na niego patrzałam.
- W końcu jesteś. -Powiedział z nutą smutku w głosie.
- Tak. Teraz będziemy razem.
- Nie chcę tak żyć Eleno. Chcę żeby było tak jak dawniej. Musi być!
- Uporamy się z tym. Będzie ciężko ale nie możemy się poddać. Z czasem smutek minie. Jestem pewna. - Objęłam go mocno i wyszeptałam do ucha jak bardzo go kocham.
Dlaczego akurat nas musiało to spotkać?

~~~*~~~

       - Matt. Dobrze, że Cię widzę. - Westchnęła Caroline. Wesoła, śliczna blondynka. Jedna z najlepszych przyjaciółek Eleny.
- Cześć Care. Nie mam ochoty rozmawiać teraz o Elenie. - Odpowiedział ozięble.
- Widziałeś się z nią?
- Byłem u niej w szpitalu. Dziś już jej nie zastaniesz. Wróciła do domu.
- Odwiedzę ją dziś po szkole. Chcesz iść ze mną?
- Raczej będzie bardziej cieszyła się tylko na twój widok.
Zdezorientowana Caroline nie wiedziała co powiedzieć. Zdziwiło ją nieco zachowanie Matta, ale nie chciała się wtrącać. Zazwyczaj wiedziała wszystko o wszystkim i wszystkich.
Równo o dziewiątej zadzwonił dzwonek na lekcje. Care zamknęła za sobą szafkę na książki i ruszyła w kierunku sali od historii. Szkoła, była duża ściany ozdobione dyplomami zdobytymi przez uczniów. Korytarze opustoszały. Uczniowie weszli do swoich sal lekcyjnych.
- Witam. Dziś zajmiemy się wojną secesyjną. Otwórzcie podręczniki na stronie sto szesnastej. - Powiedział nauczyciel historii. - Pan Tanner. Zgorzkniały, w średnim wieku. Nigdy nie był  zbyt lubiany przez uczniów. Właściwie to budził w nich ogromny stres. Sala była praktycznie pełna. Brakowało jedynie Eleny i Bonnie się gdzieś zapodziała.
- Czy wy w ogóle macie jakiekolwiek pojęcie o tym czasie historycznym?
Caroline rozejrzała się po klasie. Wszyscy wpatrzeni w podręcznik, szukający  odpowiednich informacji. Ona raczej nie należała do najlepszych uczniów, jeśli chodzi o naukę.
Do sali nagle wpadła Bonnie. Po jej twarzy widać było, że jest bardzo zdenerwowana.
- O kogo tu przywiało... - Zwrócił złośliwą uwagę nauczyciel.
- Przepraszam panie Tanner. Już zajmuję miejsce. - Bonnie była ciemnoskórą brunetką. Nie była tak atrakcyjna jak Caroline. Właściwie nie przejmowała się takimi rzeczami  jak fryzura czy makijaż. Uchodziła raczej za chłopczycę. Jej mama wyjechała z miasta, gdy była niemowlęciem. Więcej jej nie widziała. Ojciec natomiast nie specjalnie wczuwał się w swoją rolę, więc dziewczyna mieszkała z babcią. Była przez to wyśmiewana. Wszyscy głupio drwili z jej babci, która zajmuje się magią. Twierdzi, że czuje jak świat  wokół do niej przemawia. Przez to nie miała opinii najnormalniejszej w Mistic Falls.
- Gdzie byłaś tak długo? Czekałam z dwadzieścia minut w Grillu na Ciebie.
Mistic Grill to najlepsza knajpka w mieście, zawsze przychodzi tam mnóstwo ludzi z całego miasta. Przynajmniej raz w tygodniu organizują wielkie imprezy, na które zawsze z chęcią chodziłam.
- Zaspałam. Miałam koszmar. Śniło mi się, że w naszym mieście wydarzy się dziś coś złego, a gdy biegłam do szkoły, zobaczyłam ukradkiem w gazecie, że doszło do kolejnego napadu zwierzęcia. Tym razem na młode małżeństwo. To już drugi taki atak w tym tygodniu. - Wydyszała zmęczona biegiem do szkoły.
- Nie przesadzaj. To tylko zbieg okoliczności. Sama mówisz, że to był napad zwierzęcia. Takie wypadki się zdarzają. - Z irytacją odpowiedziała jej przyjaciółka.
- Ciała, były całkowicie wyssane z krwi. Dobrze wiesz co ostatnio powiedziała mi babcia. Nie jesteśmy normalną rodziną. To co o niej mówią to nie tylko głupie docinki.
- Twoja babcia jest lekko mówiąc trochę stuknięta. Naopowiadała Ci bzdur o czarownicach i tej całej magii a ty wbijasz sobie teraz do głowy jakieś niestworzone historie.
- Dziewczyny! Przeszkadzam wam w czymś?! - Zirytowany pedagog podszedł do stolika  dziewczyn.
- Przepraszamy. - Bonnie odwróciła się w kierunku tablicy.
- Nie ma żadnego przepraszam. W tej chwili do odpowiedzi.

~~~*~~~

Z szafy wyjęłam czarną sukienkę. Nadszedł dzień, którego ostatnimi czasy najbardziej się obawiałam. Sobota. Dzień pogrzebu. Wzięłam szybki prysznic, przeczesałam włosy. Sukienka miała długie rękawy i sięgała do połowy uda. Schodząc na dół zerknęłam jeszcze co z Jerremym. Miał na sobie śnieżnobiałą koszulę i garnitur. Nigdy chyba nie widziałam go tak ubranego. Zawsze chodził w bluzie i dresach. W tej kreacji jeszcze bardziej przypominał mi tatę.
Jenna czekała na nas na dole. Włosy miała upięte w kok. Ubrała tak jak ja czarną sukienkę i buty na obcasie.
  - Jerremy już schodzi. - Powiedziałam tylko po czym poszłam do kuchni po szklankę wody.
- Musimy się pośpieszyć. Zaraz rozpocznie się msza.
Serce dudniło mi jak oszalałe. Czegoś takiego jeszcze nie czułam. Chciałam  żeby było już po wszystkim.
Gdy Jerr zszedł na dół ruszyliśmy do wyjścia. Nie rozmawialiśmy ze sobą za wiele. Jenna rzuciła tylko ,,no to w drogę".
Dotarliśmy do kościoła. Ukradkiem zobaczyłam jak Matt spogląda na mnie. Było to nasze pierwsze spotkanie od czasu zerwania. Bonnie i Caroline zajęły już chyba miejsce w kościele bo nigdzie ich nie widziałam. Ludzie podchodzili do mnie i mówili jak im przykro. Byłam tym już odrobinę zmęczona. Msza szybko się skończyła. Przy ołtarzu na małym stoliku stało zdjęcie mamy i taty. Patrząc na nie wracały wszelakie wspomnienia. Nie dawałam tego po sobie poznać, ale miałam wrażenie, że zaraz eksploduję i wybiegnę z kościoła. Wszyscy na mnie patrzyli. Był to chyba najgorszy dzień w moim życiu. Bynajmniej gorszego sobie nie wyobrażałam.
Rodzice byli lekarzami, więc na pogrzeb przyszło bardzo dużo ludzi. Większości nawet nie znałam. Na cmentarzu każdy po kolei kładł kwiaty na grób. Gdy ludzie zaczęli się rozchodzić zrobił się tłok. Jakiś mężczyzna przypadkiem popchnął mnie a ja straciłam równowagę i upadłam na trawę.
- Cholera. Czy Ci ludzie są ślepi?! -Doszedł mnie głos.
Odwróciłam się, by zorientować się do kogo należał. Tuż za mną stał młody chłopak. Wyciągał rękę w moją stronę i pomógł wstać.
- Dziękuję. - Ledwo co wydusiłam z siebie. Przystojniejszego chłopaka chyba nigdy nie widziałam. Na oko miał około siedemnaście lat. Nie dało się nie zauważyć, że był bardzo blady. Zielone oczy, włosy koloru brudnego blondu. Delikatny zarost dodawał mu męskości. Ubrany był w garnitur, więc zdecydowanie przyszedł na pogrzeb. Serce waliło mi jak głupie. Byłam raczej nieśmiała i nie wiedziałam co powiedzieć.
- Bardzo dużo ludzi przyszło na pogrzeb twoich rodziców...
- Skąd ty...
- Jestem Stefan. - Chłopak przedstawił się.
- Elena. - Odpowiedziałam szybko i przeczesałam włosy ręką.
- Piękne imię. - Powiedział z uśmiechem.
Czułam, jak się rumienię. Odwróciłam wzrok i spojrzałam na dwie trumny stojące niedaleko.
- Przykro mi z powodu wypadku. Moi rodzice także nie żyją. - Z troską chciał mnie jakoś pocieszyć.
- Właściwie, co tutaj robisz? Znałeś ich?
- Podobno byli lekarzami. Moja babcia zawsze przychodziła do nich z każdym problemem. Byli wspaniałymi ludźmi z tego co słyszałem. Chciała tutaj przyjść, ale źle się poczuła. Stwierdziłem, że sam przyjdę.
- Miło z twojej strony. Uśmiechnęłam się przyjaźnie. Chyba pierwszy raz od czasu wypadku. Dopiero teraz zorientowałam się, że z mojej dłoni cieknie krew. Musiałam upaść na jakiś kamień, gdy się potknęłam.
Gdy odwróciłam się znów w stronę chłopaka, zauważyłam że zniknął. Bez pożegnania, zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu...